Nie potrafiłem wybrać żadnej z nich… Opowieść żonatego mężczyzny
Moja żona robiła makijaż, układała włosy i długo wybierała sukienkę tylko wtedy, gdy miała zamiar wyjść z domu. Beze mnie. Na spotkania z koleżankami, imprezy, które mnie nie interesowały, jakieś festiwale…
Ubierała się w piękne rzeczy, zakładała kolczyki, bransoletki, naszyjniki. I wychodziła z dziećmi. A ja zawsze znajdowałem wymówkę, żeby nie iść z nimi. Mówiłem, że jestem bardzo zmęczony, chcę odpocząć w ciszy po tygodniu pracy. Nie wytrzymam zgiełku i tłumu.
Gdy tylko za nimi zamykały się drzwi, “ożywałem” i prawie leciałem do niej… Do kochanki.
Wiem, wielu to potępi, ale zdradzałem żonę. Z tą, która ubierała się nie tylko na specjalne okazje. Chodziła po domu nie w dresie i koszulce, ale w eleganckim jedwabnym szlafroku i pięknej koronkowej bieliźnie. I rozpuszczała włosy, a nie związywała je w kucyk, jak robiła to moja żona. Kochanka nie musiała się obawiać, że jej włosy wpadną do zupy lub będą przeszkadzać podczas sprzątania.
Mieszkała sama i robiła, co chciała. Ani dzieci, ani kuchnia jej nie przeszkadzały. Mogła sobie pozwolić na to, by zawsze wyglądać świetnie (przynajmniej ja nigdy nie widziałem jej inaczej).
Żona spędzała pół dnia w kuchni. Praktycznie bez wolnych dni. Szukała przepisów, robiła pierwsze, drugie danie — wszystko zgodnie z zasadami. Latem robiła przetwory na zimę. Sałatki, ogórki, pomidory… Bo dla mnie bez tego stół to nie stół.
Kochanka nic takiego nie robiła. Z nią chodziliśmy do kawiarni. Wybieraliśmy coś egzotycznego. To ona nauczyła mnie jeść pałeczkami i poznawać smak sushi. Uwielbiała egzotykę. Okazało się, że ja też nie mam nic przeciwko nietypowej kuchni, chociaż tylko od czasu do czasu.
Kiedy po raz pierwszy zdradziłem żonę, rodzina była już dla mnie ciężarem. Czułem się jak bankomat. Dzieciom zawsze było coś potrzebne. Zimowe buty, zeszyty, ubrania… Wydatki szkolne rosły z roku na rok.
Z kochanką było inaczej. Dawała mi prezenty. Drogie artykuły biurowe, miłe drobiazgi… Coś ukrywałem, żeby żona nie zobaczyła, a o czymś mówiłem, że podarowali mi koledzy z pracy.
Ja również często kupowałem coś kochance. Co — wybierała sama.
Żona po porodzie nie wróciła do formy. Przytyła, miała cellulit i rozstępy. Co gorsza, zaczęła wstydzić się swojego ciała. Wybierała luźne ubrania, bała się nosić obcisłe rzeczy. Kochanka była natomiast bez zarzutu, chociaż obywała się bez ćwiczeń. Jej dziewczęcej figurze na pewno zazdrościło wiele kobiet.
Kochanką często chwaliłem się przed znajomymi. Zabierałem ją na spotkania. Znajomi nas akceptowali, chociaż chętniej przychodzili w gości do mnie, do domu. Żeby zjeść pierożki czy sałatki, które przygotowywała moja żona.
Znajomi przyzwyczaili się do tego, że prowadzę podwójne życie, ale mnie nie rozumieli. Kiedy odchodzili od nas, prawie całowali ręce mojej żony. Gospodyni, mądra… Byłem z niej dumny, ale nadal ją zdradzałem.
W domu było czysto, przytulnie. Dzieci były mądre, rozwinięte. Żona i odrabiała z nimi lekcje, i woziła je na zajęcia dodatkowe. Oczywiście, ich choroby również były jej zmartwieniem.
Przyzwyczaiłem się do takiego życia. Przyzwyczaiłem się do obu kobiet… Tak, do kochanki też się przyzwyczaiłem.
Zrozumiałem, że nie mogę się z nią rozstać. Była “moja”, chociaż nigdy nie mówiłem jej o miłości (za to od razu powiedziałem, że nie zostawię żony). Zacząłem bać się ją stracić. Myślałem, po co jej ja? Znajdzie kogoś młodszego i bogatszego, wyjdzie za mąż.
Nigdy nie myślałem o tym, że żona odejdzie. To przecież bliska osoba, rodzina, prawie jak ja sam… Ale pewnego dnia dowiedziała się o zdradach. Miałem wybór: żona czy kochanka. Tylko jedna z nich. Ale czy mogłem wybierać?! Przecież obie były moje.
Z żoną było ciepło i wygodnie. Zawsze była obok, stała się dla mnie prawie jak matka. A kochanka była jak powietrze dla mojego ego. Z nią czułem się pożądany.
Ale tak naprawdę nie byłem z żadną z nich.
Przez te lata żyłem, nie kochając nikogo. Obok mnie nigdy nie było kobiety, dla której chciałbym przenosić góry. Kobiety, która zainspirowałaby mnie do stania się lepszym.
Ani żona, ani kochanka nie były mi bliskie. Żadna z nich, gdy było mi źle, nie przytuliła mnie czule i nie powiedziała, że wszystko będzie dobrze. Żadna z nich nie czuła moich lęków i nie współczuła mi całym sercem. Czyja to wina?
Czy ktoś jest winny temu, że nie miałem miłości?
