Nie udało nam się z mężem znaleźć kompromisu po ingerencji jego rodziny i w końcu się rozwiedliśmy
Kiedy wzięliśmy ślub z Władysławem, prowadziliśmy bardzo aktywne życie. W czasie wakacji jeździliśmy nad morze lub w góry, na weekendy wyjeżdżaliśmy za miasto, do lasu lub nad jeziora, a jeśli mieliśmy trzy-cztery dni wolnego, organizowaliśmy krótkie wycieczki. Czas spędzaliśmy dynamicznie, nawet po pracy chodziliśmy na siłownię, na boiska sportowe, a także zapisaliśmy się na zajęcia tańca towarzyskiego, gdzie przez lata nauczyliśmy się dobrze tańczyć klasykę i latynoamerykańskie tańce. Ciąża oczywiście trochę spowolniła nasze tempo, szczególnie w pierwszych i ostatnich miesiącach. Na początku nie mogłam nigdzie się ruszyć z powodu mdłości, a pod koniec, wiadomo, byłam mniej mobilna.
I tak urodziłam naszą córeczkę. Początkowo było ciężko, mniej więcej do roku, potem zrobiło się łatwiej, a kiedy Nastka miała dwa i pół roku i poszła do przedszkola, wszystko zaczęło wracać do normy. Znów pojawił się czas na aktywne zajęcia. Ale pojawiło się też nieoczekiwane przeciwstawienie się im ze strony męża.
Mój sportowy i aktywny wcześniej Władysław nagle pokochał kanapę i telewizor. Mało tego, próbował mnie również wciągnąć w taki „interesujący” sposób spędzania czasu – oglądanie fałszywych programów i reklam. Stanowczo się sprzeciwiłam i próbowałam „ściągnąć” ukochanego z kanapy. Nie udało się! Żeby mi nie było nudno, zaproponował alternatywę – jeden wolny dzień w tygodniu na spotkania z przyjaciółkami i takie same wolne wyjazdy na wakacje według mojego uznania. Oprócz tego nalegałam na kilka treningów w tygodniu, na co się zgodził.
Tak żyliśmy dalej – mąż na kanapie, a ja, choć nie z taką prędkością jak wcześniej, ale udawało mi się chodzić na treningi, na wystawy, do teatrów. Na wakacje jeździłam z przyjaciółką, zabieraliśmy ze sobą nasze dzieci, były w tym samym wieku i świetnie się dogadywały. Wkrótce przyzwyczaiłam się do domatorstwa męża, no chce człowiek oglądać telewizję, to niech ogląda! A mnie bardziej odpowiadało wyładować energię gdzieś poza domem.
Kolejną wycieczkę z przyjaciółką zaplanowaliśmy na święta wielkanocne. Trafiliśmy na wspaniałą trzydniową wycieczkę po zamkach Zakarpacia, z codziennym zwiedzaniem trzech-czterech zamków. To było po prostu niesamowite! Powiedziałam o tym mężowi, a on wzruszył ramionami:
— Chcecie trząść się trzy dni w autobusie, to jedźcie, ja w tym nie chcę uczestniczyć.
Nie zdziwiła mnie jego reakcja, powiedziałam, że jedziemy bez dzieci, co również nie wywołało u niego sprzeciwu:
— Lepiej, gdybyś zabrała też Nastkę, ale dobrze…
Organizacyjny moment rodzinny został ustalony, ale następnego dnia niespodziewanie wtrąciła się szwagierka:
— Zapraszamy was na urodziny mojego męża!
Odpowiedziałam, że bardzo dziękuję, ale będę wtedy daleko, a na uroczystości naszą rodzinę reprezentować będą mąż i córka. Szwagierka zareagowała niezbyt adekwatnie:
— Co znaczy „daleko”? Wydaje mi się, że powinnaś być z mężem, a nie biegać po zamkach!
Na tym rozmowa z rodziną męża się nie skończyła. Szwagierka poskarżyła się mamie, a wkrótce zadzwoniła teściowa:
— Co to za fanaberie ostatnio, włóczysz się bez męża nie wiadomo gdzie, nawet urodziny krewnych nie są dla ciebie powodem, żeby się spotkać! Porozmawiam jeszcze z Władkiem, żeby cię trochę do pionu postawił!
To był już ewidentny przesadyzm, więc odpowiedziałam teściowej w odpowiednim tonie:
— Proszę, Aleksandro, porozmawiaj z mężem swojej córki, żeby ją postawił do pionu, żeby nie biegała do mamy się skarżyć, a my u siebie poradzimy sobie bez was.
Wieczorem była trzecia odsłona o urodzinach męża szwagierki. Tym razem – w reżyserii męża:
— Natalia, prosiłbym cię, żebyś uprzejmiej rozmawiała z mamą, zresztą ma rację, logiczniej jest odwołać wycieczkę, niż nie pójść na urodziny, zwłaszcza na jubileusz.
Odpowiedziałam mężowi, że nie znajduję logiki w odwołaniu wyjazdu, wymieniliśmy jeszcze kilka „uprzejmych” zdań, a w zaplanowany dzień wyjechałam z przyjaciółką.
Wycieczka była wspaniała, intensywne zwiedzanie i profesjonalni przewodnicy otworzyli przed nami cały świat zamków, tradycji i historii. Otrzymaliśmy mnóstwo przyjemności i wrażeń. Niestety, już w drodze powrotnej zaczęły mnie niepokoić złe przeczucia nadchodzących problemów. Nie myliłam się.
Męża i córki nie było w domu. Musiałam jechać odebrać Nastkę od teściowej. Mąż powiedział, że na razie nie planuje wracać, chce przemyśleć nasze relacje w rodzinnym domu, na ich kanapie…
Przemyślał to przez miesiąc, ale do żadnych konkretnych wniosków nie doszedł. Musiałam przyspieszyć jego rozważania – oznajmiłam, że pozew o rozwód jest już w sądzie.
Tak oto smutno zakończyła się ingerencja teściowej i szwagierki w naszą rodzinę. Chociaż, wszystko do tego zmierzało, prędzej czy później pewnie i tak byśmy się rozwiedli, a skoro stało się to wcześniej, to i lepiej, jeszcze jest czas, by ułożyć sobie życie i znaleźć dla Nastki bardziej „aktywego” tatę.
