Niedawno dowiedziałam się, że mój mąż ma inną kobietę. A jednak milczałam. Co miałabym mu powiedzieć? Wiedziałam, że gdybym zdecydowała się na rozwód, zostałabym z niczym. Dlatego zaczęłam szukać porad u koleżanek, wszystkim opowiadałam o problemach w naszym małżeństwie. Wszystkim — poza moim mężem. Mama poradziła mi jedynie, jak w jej ocenie powinnam postąpić
Zawsze marzyłam o zgodnej rodzinie, bez zdrad i bez wzajemnych żalów. Szczerze mówiąc, zawsze chciałam, aby moja była całkowitym przeciwieństwem tej, w której dorastałam. I kiedy poznałam Marcina, wydawało mi się, że osiągnęłam ten cel — byłam wtedy tak szczęśliwa, że dosłownie unosiłam się nad ziemią. Rzeczywiście, przez pierwsze lata wszystko układało się dobrze i nic nie zapowiadało tragedii. Teraz jednak wiem, że mnie zdradza, a mimo to nie jestem w stanie mu o tym powiedzieć. Co niby miałabym powiedzieć?
Znajome powtarzają, że sama jestem sobie winna i że najwyraźniej takiego życia chcę, bo podoba mi się, gdy inni mnie żałują. Lecz to nieprawda. W rzeczywistości wiem jedynie, że w moim wieku nie znajdę pracy z dnia na dzień, a dzieci trzeba przecież utrzymać. Całe życie byłam gospodynią domową i nie zdobyłam umiejętności, które mogłyby zapewnić mi samodzielność i godne życie z dziećmi w przyszłości. Mogłabym odejść, zostawiając dzieci Marcinowi, ale jaką wtedy byłabym matką?
Gdybym tak zrobiła, przez całe życie patrzono by na mnie jak na kogoś, kto porzucił własne dzieci i nigdy nie zostałby przyjęty z powrotem. Co więcej — sama nie mogłabym później spojrzeć im w oczy, a one również nie potrafiłyby mnie zaakceptować, bo opuściłabym je, kiedy były jeszcze małe. A żyć z nimi w biedzie, nie zapewniając im żadnych perspektyw rozwoju — czy to byłoby lepsze?
Koleżanki mówią, że mam pełne prawo odejść od męża, a dzieci zrozumieją mnie, kiedy dorosną. I częściowo mają rację. Jednak świadomość tego wcale nie łagodzi mojego ciężaru i czasem wydaje mi się, że całe dotychczasowe życie zmarnowałam. Tak, mam pewne umiejętności, jestem matką, wiele zrobiłam dla swojej rodziny. Ale gdy zaczynam zastanawiać się nad tym, jaką pensję mogłabym realnie otrzymać — zwłaszcza na starcie — widzę wyraźnie, jak mało moje dotychczasowe wybory znaczą w praktyce.
Nigdy nie uważałam pieniędzy za najważniejsze w życiu. Jednak miłość nie wystarczy, gdy dzieci mają żyć w ubóstwie. Mój mąż nie zamierzałby mnie wspierać — jedynie pogodziłby się z faktem, że odeszłam, może nawet odetchnąłby z ulgą. Jestem o tym przekonana, bo znam jego charakter. Trudno się dziwić — raczej by mnie nie zdradzał, gdyby naprawdę mnie cenił i gdybym była dla niego kimś istotnym. Nigdy nie przypuszczałam, że znajdę się w takiej sytuacji.
Mimo wszystko nie tracę nadziei i liczę na poprawę. Moja mama może jeszcze od czasu do czasu pomóc mi finansowo, więc po rozwodzie miałabym możliwość zabrać dzieci do siebie przynajmniej na pewien okres. Ten czas, dopóki mama jeszcze może mnie wspierać, musiałabym poświęcić na zdobycie konkretnych umiejętności.
Może nawet uda mi się znaleźć pracę w ciągu najbliższego roku, która pozwoli mi żyć godnie razem z dziećmi. Poza tym zawsze można liczyć na alimenty.
Jeżeli ktoś był w podobnej sytuacji, bardzo proszę o radę. Czy mam szansę samodzielnie utrzymać siebie oraz dzieci i zapewnić nam warunki, w których nie będziemy musieli walczyć o rzeczy najbardziej podstawowe?
