Nieoczekiwane znalezisko na biurku męża skłoniło mnie do refleksji…
Z Arturem pobraliśmy się jeszcze jako studenci, od tego czasu minęło już piętnaście lat. Nasze życie rodzinne nie było łatwe, prawdopodobnie miałam dużo szczęścia, że mój mąż okazał się naprawdę niezawodnym człowiekiem, prawdziwym mężczyzną, który nie uległ wpływowi swojej matki, która stanowczo nie chciała mnie znać jako synowej.
Oczywiście, według wszystkich stołecznych standardów, nie byłam odpowiednią partią dla Artura. Przyjechałam ze wsi, chociaż studiowałam na tym samym uniwersytecie, co on, i zdobywałam ten sam zawód, jego rodzina mnie nie akceptowała. Uważali, że chcę wykorzystać ich syna i ich dość solidną pozycję materialną.
Żeby mnie poślubić, Artur musiał zerwać kontakty z rodzicami, choć on, a także ja, do ostatniej chwili mieliśmy nadzieję, że jednak przyjdą na nasz skromny studencki ślub. Z mojej strony nikt nie mógł przyjść, oprócz babci, która mnie wychowała. Jednak teść i teściowa nie chcieli nas gratulować, co więcej, teściowa kilka razy dzwoniła do mnie po ślubie i mówiła, żebym nie liczyła na żadną pomoc z ich strony, że lepiej niż w akademiku nigdy nie będziemy żyć itp.
Ale życie wszystko ułożyło. Razem z Arturem byliśmy jednymi z najlepszych absolwentów, a „rekruter” z Niemiec zaproponował nam pracę w swojej firmie, pod warunkiem, że w ciągu pół roku nauczymy się niemieckiego na poziomie wystarczającym do komunikacji w pracy. Zgodził się nawet opłacić nam kursy i dać możliwość płynnego wdrożenia się w proces produkcyjny i zespół firmy.
Tego rodzaju propozycja była nie do odrzucenia i już po miesiącu przeprowadziliśmy się do Niemiec, zaczynając naukę niemieckiego. Początkowo było trudno, ale cel stawał się coraz bliższy z każdym kolejnym dniem kursów, które były bardzo intensywne – trzy pary lekcji dziennie, z przerwą na niedzielę. Ważne było też to, że wszędzie otaczał nas język niemiecki – w sklepie, transporcie, na ulicy. Już po kilku miesiącach zorientowałam się, że rozumiem rozmowy wokół mnie, nie tłumacząc ich na swój rodzimy język, ale po prostu odbierając sens. To się dzieje, kiedy podstawy nowego języka są już zakorzenione w głowie, a mózg po prostu „pracuje” jak należy.
Miesiąc później zaczęliśmy pracę w firmie, poznając specyficzną terminologię. Nasz pracodawca był z nas zadowolony, i po upływie sześciu, uzgodnionych ustnie, miesięcy, podpisaliśmy pięcioletni kontrakt.
Do dziś pracujemy w tej firmie jako starsi specjaliści, z odpowiednimi do naszych stanowisk wynagrodzeniami. Poza pracą, świetnie urządziliśmy sobie życie prywatne, kupiliśmy dom na przedmieściach, za który raty spłaca nam firma. Najważniejsze jest to, że urodziłam dwoje dzieci, starszego, Aleksandra, i młodszą, Natalię.
Nie ciągnie nas do ojczyzny, doskonale rozumiemy, że wszystkie zmiany, które u nas zaszły, są nieodwracalne. Szkoda tylko, że Aleksander i Natalia nie mają babci i dziadka w pobliżu. Teściowa raz zadzwoniła, dowiedziawszy się o wnuku i wnuczce, ale sama nie raczyła przyjechać, w sposób wymagający i nakazowy zażądała, żebyśmy przywieźli dzieci do jej domu. Artur powiedział jej, że nie zamierza przyjeżdżać, dopóki nie przeprosi mnie, i na tym rozmowa się skończyła. Może za pięć-dziesięć lat teściowa, będąc w podeszłym wieku, zechce zobaczyć Aleksandra i Natalię, ale obawiam się, że dzieci nie będą jej traktować jak babci, bo będą miały pytanie: „A gdzie byłaś wcześniej?” Cóż, to jej wybór…
