On nie jest twoim mężem, nawet nie twoim narzeczonym. Nie jesteś zobowiązana do jego zalotów. Odejdź, mówili jej
Klientka, pulchna kobieta w pięknym ciemnym płaszczu, krzyczała z gniewem i głośno. Okazało się, że Sonia nie dała jej reszty i teraz nie mogła się skoncentrować, by zliczyć rozmyte przed oczami cyfry.
Na krzyk przybiegła administrator Natalia, szybko wydała niezadowolonej klientce należną kwotę, cicho przeprosiła i dopiero potem zauważyła lekkie spowolnienie Soni.
- Znowu jesteś ze szpitala? Przespałaś się chociaż trochę? – zapytała ją Natalia.
Sonia skinęła głową. Spała, na pewno przespała się przez trzy godziny. Prawdopodobnie.
- Sonia, wszystko rozumiem, ale nie mam nikogo, kto mógłby cię zastąpić. Albo pracujesz, albo załatwiasz swoje sprawy. Nie mogę cię bez końca osłaniać, rozumiesz?
Sonia znowu skinęła głową. Nie miała siły na rozmowę. Nie miała nawet siły na myślenie.
- Dobrze. Idź się wyspać, a jutro wracaj do pracy. Ale pamiętaj, to ostatni raz. Najwyższy ostatni… – powoli, z naciskiem powiedziała Natalia i lekko popchnęła Sonię, – Idź, idź, bo zasniesz tu u mnie.
W domu Sonia szybko umyła się, nalała jedzenia głodnemu kotu i otworzyła drzwi lodówki. Więdnąca główka kapusty, trochę mleka, kilka jajek i kawałek sera. Niewiele. Po kilku minutach bez apetytu przekłuła omlet widelcem. Nie chciało się jeść. I po co w ogóle zaczęła się z tym omletem?
Podciągnęła zasłony, bez przebierania się, po prostu położyła się na kanapie. Sen nie nadchodził. W jej głowie bolesnymi błyskawicami rozbłyskiwały i gasły myśli, krążąc w nieskończonym wirze. Sonia rozumiała, że tak długo nie wytrzyma.
Z Mikołajem spotykała się już około roku. Ich łączyły lekkie, nieobciążające relacje, nie planowali niczego szczególnego, postanowili po prostu płynąć z nurtem. Sonia nie spieszyła się z małżeństwem, a Mikołaj jej nie namawiał. Było im razem wygodnie i wesoło. Często wybierali się za miasto: pojeździć konno, pospacerować po lesie, usiąść nad brzegiem ciemnej, mętnej rzeczki.
Sonia kochała takie dni, za miastem łatwiej jej oddychało, tam chciała śpiewać. Nawet podzieliła się z Mikołajem swoim marzeniem o własnym domku gdzieś daleko od hałaśliwego, dymiącego megapolisu. Mikołaj skinął głową, on też nie za bardzo lubił miasto, ale nie na tyle, żeby zamienić je na wieś. Wystarczyło mu takich właśnie weekendów. Odpoczęli, rozproszyli się i znowu ruszyli naprzód po drabinie kariery.
Mikołaj dużo pracował. Praca była odpowiedzialna i wyczerpująca, często narzekał Soni na nieregularne godziny pracy, na szalone pomysły i wymagania kierownictwa, na szaleńczy wyścig w próbie ogarnięcia wszystkiego. Ale strona materialna problemu przysłaniała wszystkie niedoskonałości. Zarabiał dobrze i nawet kilka razy zaproponował Soni, żeby porzuciła swoją pracę, przeprowadziła się do niego i powitała go gorącym obiadem. Ale Sonia jakoś się nie odważyła.
Tego dnia Sonia była na zmianie, gdy zadzwoniła do niej płacząca z głosu Maria Walentynówna, mama Mikołaja. Zawał. Śmierć kliniczna. Drugi szpital miejski. Reanimacja.
Życie zmieniło się w jednej chwili. Dlaczego tak się stało, że wszystkie biurokratyczne sprawy, rozmowy z lekarzami, biegotnia po aptekach, dyżur przy łóżku Mikołaja – wszystko to spoczęło na ramionach Soni, teraz już tego nie pamiętała. Po prostu w tym momencie czuła, że powinna wspierać zagubioną mamę Mikołaja i dlatego zanurzyła się w ten wir.
Soni musiała zmierzyć się zarówno z obojętnością lekarzy, jak i z papierkową robotą oraz koniecznością zrozumienia sytuacji i podejmowania decyzji. Dopiero po pewnym czasie zrozumiała, że Mikołaja po prostu nie karmią i nie mówią, że trzeba przynosić jedzenie. A on sam nie mógł o tym powiedzieć, po śmierci klinicznej Mikołaj był w stanie wegetatywnym. Anoreksja i odleżyny stały się nowym problemem, wymagającym rozwiązania.
Sonia, jak wiewiórka w kole, kręciła się między pracą a szpitalem, obciążając się jeszcze pomocą domową dla Marii Walentynównej. Maria mieszkała sama i całkowicie się poddała, tylko nieustannie płakała i mówiła, że to koniec.
Soni nie lubiła takich rozmów. Wierzyła, że wszystko się ułoży. Ale czas mijał, a stan Mikołaja się nie poprawiał. Do przeżyć i niedosypu dodały się regularne kłótnie z rodzicami Soni. Początkowo wspierali decyzję córki, by pomagać Mikołajowi i jego mamie, ale im więcej czasu mijało, tym częściej mówili, że czas oddać wszystko w ręce Marii Walentynównej, że Sonia zrujnuje swoje życie, jeśli będzie kontynuować w takim trybie, że Mikołaj, w końcu, nie jest jej mężem ani nawet narzeczonym. Do czego takie ofiary? To nie twoja wojna, odejdź. Odejdź jak najszybciej.
Na pracy też wsparcie ze strony kolegów szybko się skończyło, a Sonia czuła, że już nie wytrzymuje, że może naprawdę stracić pracę, że ciągłe niedospanie i przeżycia niszczą jej zdrowie, że wzięła na siebie więcej, niż jest w stanie unieść.
Ale strona moralna sprawy naciskała jeszcze mocniej. Zostawić Mikołaja i jego zagubioną, żałosną mamę bez pomocy i wsparcia? Wybrać swój komfort i swoje życie zamiast nieskończonego kręgu szpitali, zamiast żalu i beznadziei? Zdradzić?
Kot wskoczył na kanapę i usadowił się u boku Soni, spokojnie czyszcząc się i liżąc błyszczącą łapę.
- Co mam zrobić, Stefanek? Jak mam być? – Sonia włożyła palce w ciepłą, puszystą sierść, kot miękko, uspokajająco mruczał. Sonia zamknęła oczy. Przed nią czekała kolejna ciężka, bezsenna noc i decyzja, którą już nie można było odkładać. Jutro odda klucze Marii Walentynównej i pożegna się z Mikołajem. Zrobiła wszystko, co mogła. I więcej nie chce się osądzać. I nie będzie. Jeśli tylko będzie mogła.
KONIEC
Drodzy czytelnicy, życie czasami stawia nas przed takimi pytaniami, że aby je rozwiązać, trzeba zebrać się dosłownie po kawałku. I przyznać sobie, przede wszystkim sobie, że ta droga nie jest twoja. Albo przeciwnie – że jest.
I to, chyba, najtrudniejsze, bo czasami myślimy, że jesteśmy sami, ale potem spotykamy się ze sobą naprawdę i rozumiemy, że jesteśmy inni. Czy ktoś ma prawo nas za to oceniać? Czy można oceniać bohaterkę tej historii? A może jednak można? Kim ona jest: zdrajczynią czy po prostu biedną, zmęczoną dziewczynką, która zasługuje na inne życie? Co powiecie?
