“Ostatecznie w ogóle nie chciałem się żenić! Ona mnie zmusiła!” — mówi mąż po dziesięciu latach małżeństwa
Po tym opowiada wszystkim, że specjalnie go zmusiłam do ślubu! — dzieli się 36-letnia Irena. — Jakbym go szantażowała i nie miał innego wyjścia. A przy tym się śmieje. Co powinnam o tym myśleć? Porozmawiałam z nim poważnie, ostrzegłam, że to nie jest w porządku. W końcu sam siebie przekonał, że tak właśnie było. Że zmusiłam go do ślubu. A przecież żyliśmy normalnie, nikt na nic nie narzekał, wychowujemy dzieci, nie kłócimy się, o rozwodzie nawet nie myślimy.
Irena i Artur przeżyli razem dziesięć lat, córki dorastają, wszyscy znajomi uważają ich za idealną rodzinę. Podróżują do różnych krajów, świętują, spacerują, pomagają rodzicom. Prawie spłacili kredyt hipoteczny, kończą budowę domku letniskowego, gniazdko wije się pięknie. Wszystko u nich świetnie. Żadnych problemów. Jednak ostatnio Artur zaczął tak nieodpowiednio żartować.
Spotykaliśmy się przez trzy lata przed ślubem. — mówi Irena. — Każde z nas ukończyło studia, znaleźliśmy pracę, stanęliśmy na nogi. Mieszkałam z siostrą w mieszkaniu ojca, a Artur wynajmował mieszkanie z kolegą. Spotykaliśmy się, rozmawialiśmy. Pewnego razu zaproponował, żebyśmy zamieszkali razem. Ale ja nalegałam na ślub — żadnego wspólnego mieszkania przed ślubem. To nienormalne. Albo rodzina, albo nic.
Artur pomyślał i uznał, że jest trochę racji w słowach narzeczonej. Ale z propozycją się nie spieszył. Wszystko toczyło się dalej. Artur mieszkał z kolegą, my z siostrą. Spotykaliśmy się na neutralnym terenie.
Potem znudziła mi się ta niepewność. — oburza się Irena. — Byłam już gotowa na poważny związek. Zmęczyłam się samymi randkami i spotkaniami. Powiedziałam Arturowi: albo idziemy dalej, albo kończymy wszystko. Albo rodzina, albo nic. I pójdę szukać nowych możliwości.
Wtedy Artur pomyślał i zaproponował, żebyśmy poszli do urzędu stanu cywilnego. Po pewnym czasie pobraliśmy się, urodziliśmy dzieci. Artur je kocha. Pracuje dla dobra rodziny. I zajmuje się córkami.
Kiedy to ja cię zmusiłam do ślubu? — nie ustępuje Irena. — Nikogo nie oszukiwałam, niczego nie narzucałam. Po prostu zaproponowałam mu wybór: albo ślub, albo koniec związku. Co w tym złego? Miałam już wtedy dobrze po dwudziestce. Zmęczyłam się randkami. A te związki, które do niczego nie prowadzą, to absurd. Czas zakładać rodzinę. I wcale nie naciskałam na Artura. To nie było z powodu ciąży. Nie szantażowałam go. Dlaczego wtedy nie odmówił?
Nie odszedł. Nie odmówił. Gdyby nie chciał, nie żeniłby się. Ale ja też siebie nie znalazłam na śmietniku. Mogłam wybrać kogoś innego. I byłby szczęśliwy z taką żoną. Przez te wszystkie lata żyliśmy w szczęśliwym małżeństwie. Nikt nie wspominał tamtego incydentu.
Kilka lat temu na spotkaniu z przyjaciółmi Artur nagle powiedział, że w ogóle nie zamierzał się żenić, a ja go zmusiłam. — mówi Irena. — Wszyscy śmiali się z tego żartu, wszyscy to tak zrozumieli. Ale on zaczął twierdzić, że postawiłam go przed wyborem. Od tego czasu tylko o tym mówi. Ciągle. Chociaż sto razy ostrzegałam go, żeby nie poruszał tego tematu. Wygląda na to, że sprawia mu to przyjemność. Ale ja chcę, żeby mówił prawdę.
Kiedy zaczynam się złościć, odpowiada, że nie widzi w tym nic złego. Jakbym po prostu zapomniała, jak się żartuje. A przecież nie zamierzał mnie urazić.
Jak myślicie, może Irena rzeczywiście przesadza? Może nie powinna ganić męża? Przecież wszystko jest w porządku. Mają prawdziwą, zgraną rodzinę. Na pozór czepia się bez powodu. I nie zamierza odpuszczać. Czy to tak zawsze zaczyna się koniec? Żona prosi męża, żeby przestał tak żartować, a on udaje, że nic się nie dzieje. To norma, czy już nie?
