Piotr przed wyjściem do pracy długo kręci się przed lustrem. Ma na sobie nowy, drogi garnitur, który tak zachwalali sprzedawcy, a Piotr im uwierzył. Teraz wydaje mu się, że drogie ubranie leży na nim jak siodło na krowie. I jeśli mówić szczerze, to ma rację w swoich podejrzeniach. Ale jednak trzeba iść do pracy, bo czeka go ciężki dzień
Piotr przed wyjściem do pracy długo kręci się przed lustrem. Ma na sobie nowy, drogi garnitur, który tak zachwalali sprzedawcy, a Piotr im uwierzył. Teraz wydaje mu się, że drogie ubranie leży na nim jak siodło na krowie. I jeśli mówić szczerze, to ma rację w swoich podejrzeniach.
Ale na jego figurę trudno dobrać coś odpowiedniego, bo sylwetka Piotra, delikatnie mówiąc, jest daleka od ideału czy zwykłych standardowych proporcji.
Nie za wysoki wzrost, wąskie ramiona, za to obszerny brzuch, który powinien nieubłaganie przeważać go do przodu, i cienkie w porównaniu do brzucha rączki i nóżki.
Żeby brzuch go nie przeważał, Piotr chodzi w charakterystyczny i dobrze rozpoznawalny sposób, mocno odchylając głowę i ramiona do tyłu. Dlatego zazwyczaj do gabinetu najpierw wpływa brzuch, potem nogi, a potem reszta Piotra.
Obecnie, w ten sposób, Piotr zmierza do wyjścia ze swojej willi, zabierając po drodze teczkę z bardzo ważnymi dokumentami i podsuwając nieco buldogowaty policzek żonie do tradycyjnego pocałunku.
Maria cmoka w powietrze centymetr od męża i ziewając przez wszystkie licówki, udaje się dospać. Jakaż to dzikość wstawać o dziewiątej rano! Swój obowiązek dobrej żony wykonała, męża do pracy wyprawiła, a do wizyty w salonie jeszcze dużo czasu.
Piotr poprawia krawat, który dziś jest zawiązany szczególnie ciasno, i kieruje się do czekającego na niego samochodu. Jako tako usadowiwszy na tylnym siedzeniu swoją niestandardową sylwetkę, Piotr tonem rozkazującym wydaje kierowcy polecenie jechać do pracy.
Pracuje Piotr w najlepszym ministerstwie. Najlepszym, bo nikt, nawet sami pracownicy, nie mają pojęcia, czym tak naprawdę powinni się zajmować.
Ministerstwo u nich jest młode, zaledwie pięć lat. Czy to jest czas, żeby poważne ministerstwo zaczęło pracować? Na razie piszą się opisy stanowisk, a pracownicy próbują metodą naukowego zgadywania ustalić, za co właściwie dostają pensję.
Piotr to wie i tak, nie na darmo jest przecież ministrem. Ale nikomu o tym nie mówi, bo nagle komuś zachce się go wygryźć?
A tak człowiek się zastanowi. Nagle na miejscu ministra będzie musiał, nie daj Boże, pracować? Nie, to wy sobie jakoś sami, a jemu i na swoim miejscu nie chce się.
Do pracy Piotr dolatuje z wiatrem. Wchodzi do przestronnego holu, przybiera zaaferowaną minę i zdecydowanym krokiem idzie do swojego gabinetu. Pracownicy, widząc tak wymowny wyraz twarzy przełożonego, przezornie rozbiegają się po gabinetach, by Piotr nie postanowił przerzucić swoich pracowniczych trosk na ich barki. Tego jeszcze nigdy nie było, ale przezorny, jak to mówią…
Piotr wjeżdża windą do swojego gabinetu, usytuowanego na trzecim piętrze, i już czuje się zmęczony. Choć wjechał tu windą, ale do windy jeszcze trzeba dojść, nie gubiąc po drodze poczucia własnej ważności, a to już jest praca.
Odpocząwszy i wypiwszy dwie filiżanki kawy, Piotr wreszcie doszedł do siebie, by zanurzyć się w proces pracy. Najpierw wyjął z teczki ważne dokumenty i ostrożnie ułożył je na stole w stosach. Teraz każdy, kto wejdzie do jego gabinetu, na pewno będzie wiedział, że Piotr to bardzo zajęty człowiek.
Po tym Piotr znów poczuł zmęczenie, ale ponieważ był pracoholikiem, nie zatrzymał się i zaczął obdzwaniać swoich zastępców, sprawdzając, czym się zajmują. Wysłuchawszy niewyraźnych, ale wielosłownych odpowiedzi, Piotr doszedł do wniosku, że praca w ministerstwie wrze, o czym doniósł już swojemu wyższemu kierownictwu.
Potem Piotr przypomniał sobie, że przemęczanie się jest szkodliwe dla układu nerwowego, i postanowił pojechać na obiad, gdy nagle do jego gabinetu zapukano.
To było nagłe, a nagłego Piotr nie lubił, więc pospiesznie wrócił za swoje biurko, rozgrzebał najbliższy stos papierów, założył na nos niepotrzebne mu okulary i dopiero wtedy zmęczonym głosem powiedział:
– Tak, tak, proszę wejść.
Do gabinetu ostrożnie wsunął się niepozorny mężczyzna, szybko rzucił okiem na wszystkie strony i pospiesznym krokiem skierował się do biurka Piotra.
Piotr pytająco uniósł brew, czekając, aż jego gość wreszcie usiądzie na krześle i przestanie się kręcić. W końcu mężczyzna uspokoił się, westchnął i sięgnął do wewnętrznej kieszeni swojej bezsensownej marynarki. W jego ręce była zaciśnięta pękata koperta.
Oczy Piotra drapieżnie błysnęły, a nozdrza zadrżały w przeczuciu. Wydawało mu się, że nawet słyszy pożądany szelest tak drogich jego sercu i portfelowi banknotów.
– Oto, przyniosłem, jak się umawialiśmy – cicho powiedział mężczyzna, ostrożnie kładąc kopertę na stole przed Piotrem.
Ten szybko zasypał kopertę służbowymi dokumentami, po czym majestatycznie skinął mężczyźnie, potwierdzając, że transakcja doszła do skutku.
– To ja w takim razie pójdę? – zapytał mężczyzna i po kolejnym skinieniu właściciela gabinetu szybko udał się do wyjścia.
Gdy za nim zamknęły się drzwi, Piotr poczekał pięć minut, a potem rozgrzebał stworzony przez siebie stos dokumentów, by wydobyć upragnioną kopertę.
Oto próbuje wziąć kopertę, ale palce przechodzą przez nią. Piotr zamiera z wyciągniętą ręką i nie rozumie, co się dzieje.
Powoli wyciąga drżącą dłoń do koperty i znowu ona przechodzi przez kopertę. Na czole Piotra występuje pot.
Piotr dotyka długopisu, klawiatury, filiżanki, dokumentów – to wszystko może przesunąć z miejsca bez szczególnych trudności i dotknąć, a podła koperta po prostu leży sobie na jego stole i udaje, że jej nie ma, gdy tylko Piotr próbuje wziąć ją do rąk.
Już próbował i tak, i tak. Nawet chciał wezwać sekretarkę, ale w porę się opamiętał. Piotr chodził wokół koperty jak kot wokół akwarium. Co to ma znaczyć?
Przerażający domysł. Teraz co, nie może brać… Na tę przerażającą myśl Piotr podskakuje i otwiera oczy.
Szalonym wzrokiem ogarnia pomieszczenie i dopiero po paru minutach dociera do niego, że jest w swojej sypialni, a cały ten koszmar, który przeżył, po prostu mu się przyśnił.
– Po prostu sen, to był tylko sen. Żebym ja – i nagle się oduczył? Prędzej słońce wzejdzie na zachodzie, a nie na wschodzie – uspokajając się, zachichotał Piotr. Powoli zanurzał się w bezsensowny, ale bardzo przyjemny sen.
A rano słońce nagle wzeszło na zachodzie…
