Po dziesięciu latach małżeństwa rozstaliśmy się i wcale tego nie żałuję
Mój mąż, już były, zawsze lekceważąco podchodził do tzw. kobiecej pracy w domu. Traktował jako oczywiste codziennie świeże jedzenie, wyprasowane koszule, czystość i wszystko inne, co dotyczyło jego wygody i komfortu w wolnym czasie.
Tak, zarabiał znacznie lepiej niż ja, ale na tym kończył się jego wkład w rodzinę. To ja musiałam odprowadzać dziecko do przedszkola, odbierać je, pędzić do domu, żeby przywitać ukochanego ciepłym obiadem — wczorajsze jedzenie nie wchodziło w grę. Potem, podczas gdy mąż oglądał piłkę nożną lub wiadomości o wędkowaniu, musiałam prać, sprzątać, prasować i w końcu padać na małżeńskie łóżko z nadzieją na odpoczynek. Ale, jak wiadomo, nie zawsze od razu można odpocząć — była jeszcze jedna “obowiązkowa” czynność do wykonania…
Z biegiem lat stosunek męża do mnie jako do służącej stawał się coraz bardziej widoczny. Zaczęłam zauważać, że przy stole w ogóle mnie nie zauważa, ale za to coraz częściej zwraca uwagę na naszą sąsiadkę z piętra.
Gdy tylko wspomniała, że ma jakiś problem w domu, mąż pędził “ratować” samotną kobietę, a w rozmowach ciągle słychać było tylko “Krystyna to, Krystyna tamto…”. Oczywiście nie cieszyło mnie to, a ostatnią kroplą, która przelała czarę goryczy, było gratulacje dla sąsiadki z okazji Dnia Kobiet.
Kiedy tego dnia wyjrzałam przez okno, zobaczyłam, że mąż zbliża się do wejścia z ogromnym bukietem kwiatów. Rozczuliło mnie to, dawno nie widziałam od niego takiego bukietu, pomyślałam, że chce zrehabilitować się za swoje “pomaganie” sąsiadce. Ale myliłam się.
Mąż wchodził na górę podejrzanie długo, a gdy wreszcie usłyszałam dźwięk otwierającego się zamka, wybiegłam w nadziei, że zobaczę ten bukiet, ale zamiast tego zobaczyłam w jego rękach skromną gałązkę mimozy. Kiedy niechlujnie podał mi mimozę, burknął: “Z okazji 8 marca!”, sarkastycznie zapytałam:
— Co, nawet herbaty u Krystyny nie wypiłeś? Za taki bukiet mogłaby się bardziej postarać, a nie tylko wzywać do wkręcania żarówek!
Mąż nie spodziewał się takiego ataku, ale szybko odzyskał rezon i odpowiedział równie emocjonalnie:
— To nie twoja sprawa! Uważam, że należy pomóc, to pomagam i kwiaty też daję! Nie masz nic lepszego do roboty niż patrzeć przez okno?
To już było za dużo, więc oświadczyłam, że od tej pory również będę robiła to, co uważam za stosowne. Mąż wzruszył ramionami:
— Proszę bardzo! A co na obiad?
Jego pytanie rozbawiło mnie, admirator sąsiadki nawet nie zrozumiał, co właśnie mu powiedziałam. Musiałam wyjaśnić sytuację bardziej zrozumiale:
— Na obiad będzie to, co sam sobie przygotujesz! Muszę spakować nasze rzeczy!
Potem zadzwoniłam do brata, żeby zabrał mnie i syna. Poprosiłam, żeby przyjechał jak najszybciej, bo chciałam odejść od męża nawet w domowych kapciach. Ostatecznie jednak rozsądek zwyciężył i w ciągu czterdziestu minut torby z naszymi rzeczami były gotowe.
Mąż miał ochotę mnie powstrzymać, ale doskonale słyszał moją rozmowę z bratem i wiedział, że będzie musiał się z nim zmierzyć. Brat miał do niego skrajną niechęć i to “spotkanie” nie skończyłoby się dla niego dobrze.
“Ucieczka” zakończyła się pomyślnie. Po kilku godzinach już rozkładałam rzeczy w mieszkaniu rodziców…
Od tego czasu minęły już dwa lata. Rozwiedliśmy się zaocznie, zaocznie też podzieliliśmy mieszkanie. Sąd zobowiązał męża do wypłaty mi połowy jego wartości. Poza alimentami nie bierze udziału w życiu syna, a ja się z tego cieszę, bo nie muszę spotykać się z byłym mężem. Teraz zajmuję się tym, co uważam za stosowne, zapominając o swoich niekończących się obowiązkach wobec niewdzięcznego współmałżonka.
