Po prostu chciałam być szczęśliwą teściową i mając żonatego syna, marzyłam o córce. Z życia wzięte
Mieszkamy we trójkę w dwupokojowym mieszkaniu. Młodym oddałam większy pokój, a sama zostałam w mniejszym. Zrobiłam dla nich porządny remont, wszystko nowe, wszystko dla nich.
Kilka miesięcy mieszkaliśmy razem. A ja wciąż nie mogłam zrozumieć: co on w niej widzi? Ani piękna, ani mądra. Zwyczajna, mała, powolna, nie taka jak ja w jej wieku! A mój syn jest bardzo przystojny, wysoki, zawsze miał wiele adoratorek.
Jak syn wychodzi do pracy, ona od razu zamyka się w swoim pokoju i nie wychodzi.
Normalna synowa usiadłaby w kuchni, porozmawiała. A ona ciągle leży, mówi, że źle się czuje. Ot, wielkie mi co – ciąża.
– To przecież nie choroba! – mówię.
A ona, widzicie, ma toksykozę. Wymyślają sobie różne rzeczy, żeby tylko leżeć cały dzień. My wcześniej nawet o tym nie myśleliśmy, pracowaliśmy do samych narodzin i wszyscy byli zdrowi!
Codziennie uczę ją, że przed powrotem męża trzeba posprzątać mieszkanie, odkurzyć, wytrzeć kurz, przygotować kolację. Kupiłam kurczaka, usmażę. A ona:
– Dziękuję, nie trzeba! Adam prosił, żeby zrobić „Olivier”.
– Z jakiej to okazji? To przecież świąteczna sałatka! Co to za jedzenie?
Sama usmażyłam kurczaka i zjadłam go sama.
Pewnego razu zaglądam, a oni pakują ogromną torbę rzeczy. Wzięli obrusy, ręczniki, zasłony i pościel.
– Po co wam to?
– Jutro idziemy do pralni.
Biedny synu, w wolny dzień i do pralni! Czy to męskie zajęcie?
– Rozpakuj tę torbę. Piorę w pralce, a wysuszę na balkonie!
Wymyśliła coś takiego!
– To Adam tak zdecydował. Nie dam rady tego wyprać.
– A ty myślałaś, że małżeństwo to tylko dla przyjemności z mężem? Trzeba pracować! Poród jest jeszcze trudniejszy. A wychowanie dziecka myślisz, że jest proste? Bierz się do pracy!
Przekonałam ją, żeby prała sama i nawet pomogłam. A Adam później mnie ganił, że tak nie można było. Nie rozumiem: przecież pranie to zwykłe kobiece zajęcie. Było mi przykro i przez tydzień nie zaglądałam do ich pokoju. Pewnego razu zajrzałam, a tam ani jednego dywanu!
– Gdzie są dywany?!
– Zdjęliśmy, bez nich jest lepiej.
– A gdzie przytulność? Bez dywanów jest brzydko!
– Przytulność nie zależy od dywanów.
O, jakie mądre się zrobiły. Te dywany zdobyłam z trudem. Przecież starałam się dla dzieci. Schowałam je pod swoje łóżko. Nic, niedługo zrozumieją, że gołe ściany to nie to. Wtedy będą prosić.
Kiedyś zauważyłam, że synowa nie wychodzi i jest zbyt cicho.
Zajrzałam, a ona siedzi przy stole i pisze.
– Co piszesz? – pytam.
– List do mamy.
– To dobrze. O mamie trzeba pamiętać.
Chciałam podejrzeć, co pisze, ale nie mogłam odczytać. Na pewno skarży się na mnie. Ale na co?! Przecież uczę ją życia!
Jej matkę widziałam tylko raz. Była drobna, inteligentna, uczy dzieci muzyki. Wyjeżdżała po ślubie i płakała. Dlaczego?
Nie wiem.
Ten list nie dawał mi spokoju. Pora by mnie nazywała mamą, a ona wciąż się skarży. Chciałam powiedzieć wszystko synowi, ale się powstrzymałam. A jednak uraza pozostała.
Pewnego dnia słyszę, że jest sama, ale rozmawia. Wchodzę, a ona czyta bajkę na głos i gładzi brzuch!
– Dlaczego czytasz bajki?
– Dziecku. – uśmiecha się.
– Oszalałaś? Ono tam nic nie słyszy!
– Co ty mówisz! Ono się rusza, wszystko czuje. Dlatego stresy są niebezpieczne, bo dziecko bardziej przeżywa.
Zaczęła mi wykład o zdrowiu dzieci. My tego nie wiedzieliśmy, rodziłyśmy i wszystkie były zdrowe.
– Zamiast tych głupot, lepiej się szykuj, jutro jedziemy kopać ziemniaki.
Pora już.
– Dobrze. – zgodziła się.
Było ciepło, słonecznie, przyjemnie. Cieszyłam się, że we troje za dzień wszystko zrobimy. Postanowiłam, że Adam będzie kopał, a my z synową zbierzemy do worków. Ale syn miał inne zdanie: Irena potrzebuje odpoczynku. Musieliśmy pracować we dwoje.
Byłam oburzona:
– Co to ma być? Ona nie jest z porcelany. Trzeba pracować, a nie siedzieć.
Zaczęliśmy kopać, a ja wykopałam dziwną bryłę ziemi. Okazało się, że to gniazdo myszy. Myszy wyskoczyły, a za nimi małe różowe kulki.
Okazało się, że to małe myszy. Stanęliśmy w osłupieniu.
Synowa zebrała je i ledwo powiedziała:
– Mamo, myszy były w ciąży…
Nie od razu zrozumiałam, że nazwała mnie mamą. Musiałam szybko chwycić synową, która zemdlała. Syn przestraszył się. Zanieśliśmy ją do domu. Próbowaliśmy ją ocucić. I wtedy zobaczyłam, jaka jest krucha, jak ona urodzi? Przecież to moje wnuczę!
– To wszystko przez stres! – powiedziałam.
Nagle wpadłam w panikę, zdecydowałam, że trzeba do szpitala. Ale synowa doszła do siebie i odmówiła szpitala. Nalegała, że trzeba skończyć z ziemniakami. Jakie ziemniaki?!
Zawieźliśmy ją do szpitala, a lekarz postanowił zatrzymać ją na kilka dni na obserwację.
Zaczęłam sprzątać w domu i natknęłam się na stos listów, które synowa pisała do swojej matki. Oczywiście, czytanie cudzych listów jest złe. Ale nie mogłam się powstrzymać.
Zaczęłam czytać i szukałam wzmianki o sobie. Ale to, co przeczytałam, odebrało mi mowę. Okazało się, że szanuje mnie, docenia. Napisała o mnie takie rzeczy, których sama bym nie zauważyła. Na duszy zrobiło się ciepło i jednocześnie radośnie i niespokojnie. Jaka ona skromna, cierpliwa, a ja ciągle ją pouczałam.
Cały wieczór spędziłam w ich pokoju, wspominając swoje życie.
Okazało się, że najważniejsze momenty w życiu były związane tylko z synem. Nic ważniejszego nie było. Więc dzieci to najważniejsze, co mamy.
Po kilku dniach synowa wróciła do domu. Usiedliśmy w kuchni na herbatę.
Rozmawiamy, a ja nagle zrozumiałam, że to jest szczęście. Dla tego żyłam, żeby tak, w oczekiwaniu na wnuka, razem siedzieć.
Kiedy Adam wyszedł, powiedziałam do niej:
– Twój list do mamy ja… wysłałam.
– Dziękuję! Nie zdążyłam! – uśmiechnęła się.
– Nie, to ja ci muszę dziękować za wszystko!
