Po ślubie zamieszkałam z mężem. Oboje pracujemy, oboje dokładamy się do domowego budżetu — mniej więcej po równo. I właśnie dlatego to, co wydarzyło się po kilku miesiącach wspólnego życia, było dla mnie tak bolesne i niezrozumiałe

Z Pawłem jesteśmy małżeństwem niespełna rok. Przed ślubem każde z nas mieszkało osobno — nie chciałam wspólnego zamieszkania „na próbę”, zależało mi na tym, by wszystko było uporządkowane i oficjalne. Dopiero po ślubie przeprowadziłam się do niego.

Początki nie były łatwe, jak zresztą w większości młodych małżeństw. Na początku było dużo radości, ekscytacji, poczucia bliskości. Cieszyliśmy się, że możemy spędzać razem całe dnie. Z czasem jednak romantyczny entuzjazm ustąpił miejsca codzienności — a wraz z nią pojawiły się pierwsze konflikty.

Paweł ma bardzo stanowczy charakter. Od początku uważał, że w domu istnieje wyraźny podział na „męskie” i „kobiece” obowiązki. Według niego kobieta powinna gotować, sprzątać i dbać o dom, a mężczyzna zajmować się naprawami. Problem w tym, że tzw. kobiece obowiązki trzeba wykonywać codziennie — kosztem czasu i energii — podczas gdy męskie zdarzają się sporadycznie: wymiana żarówki, naprawa kranu raz na jakiś czas.

Próbowałam mu to tłumaczyć wielokrotnie. Bezskutecznie.

Z czasem ustąpiłam. Nie dlatego, że uznałam go za rację, ale dlatego, że go kocham i bardzo zależało mi na utrzymaniu małżeństwa. Postanowiłam uprościć codzienność: gotować szybciej, czasem kupować gotowe dania, nie przykładać się do wszystkiego z perfekcyjną dokładnością. Przez pewien czas to działało — kłótnie ucichły.

Aż do dnia, gdy Paweł powiedział coś, co całkowicie mnie zaskoczyło:
— Rozmawiałem z mamą. Uznaliśmy, że nie jesteś wystarczająco dobrą gospodynią. Powinnaś więcej gotować i lepiej dbać o dom.

Byłam w szoku. Nie rozumiem, dlaczego cały ciężar codziennego życia ma spoczywać na mnie, skoro pracujemy niemal tyle samo i wracamy do domu równie zmęczeni. Mamy wspólny budżet i dokładam się do niego w takim samym stopniu jak mój mąż. Po pracy też marzę o tym, żeby usiąść na kanapie i odpocząć. Żeby ktoś podał mi ciepłą kolację, wyprał moje rzeczy.

Tymczasem to ja gotuję obiady, sprzątam po naszym kocie, zmywam naczynia i ogarniam dom — każdego dnia. Czy to naprawdę sprawiedliwe?

Paweł narzeka, że rzadko gotuję od podstaw, że zdarza się bałagan, że brudne naczynia potrafią stać dzień czy dwa. Jednocześnie jemu samemu trudno nawet wymienić żarówkę — muszę mu o tym przypominać kilka razy. Zamiast coś naprawić, bez wahania wydaje pieniądze z naszego wspólnego budżetu na fachowca.

Zaproponowałam inne rozwiązanie: mogłabym zrezygnować z pracy i zająć się domem. Ale to mu nie odpowiada. Stwierdził, że w takim przypadku nie zamierza mnie utrzymywać i że takie życie nie ma sensu.

Nie wiem, jak rozwiązać ten konflikt, nie niszcząc naszego małżeństwa. Jestem gotowa iść na kompromisy w drobnych sprawach, ale nie chcę pracować na dwa etaty — w pracy i w domu. Co robię źle? Dlaczego ja mam obowiązki każdego dnia, a on nie? Czy naprawdę tak wygląda życie w większości rodzin?