Po świętowaniu pierwszych urodzin wnuczki teściowie zmienili się nie do poznania. Prawie codziennie przyjeżdżają, aby zapytać, czy nie wróciłam już do pracy. Nie podoba im się, że ich syn sam pracuje i zarabia na życie. Chcą, żebym poszła do pracy. I zrobiłabym to z radością, ale ich warunek mnie trochę niepokoi
Obecnie nasza córka Wiktoria ma rok. Mój mąż nie ma stałej pracy, jego zarobki zależą od zleceń. Nie mam możliwości pójścia do pracy. Nasze miasteczko jest niewielkie, nie ma żłobków, a do przedszkola można zapisać dziecko dopiero bliżej trzech lat.
Mam dość trudne relacje z rodzicami męża. Bardzo lubią mówić nam, jak powinniśmy żyć nasze życie. Namawiali nas, abyśmy zamieszkali razem (cieszę się, że do tego nie doszło). Zawsze uważałam, że nowa rodzina powinna mieszkać osobno od rodziców.
Po świętowaniu urodzin wnuczki zmienili się nie do poznania. Prawie codziennie przyjeżdżają, aby zapytać, czy nie wróciłam już do pracy. Nie podoba im się, że ich syn sam pracuje i zarabia na życie. Uważają, że muszę wrócić do pracy, bo, jak sami stwierdzili, brakuje nam pieniędzy na życie.
Ale ja bym nie miała nic przeciwko temu, praca sprawia mi przyjemność, ale teściowie mieszkają na wsi 150 kilometrów od naszego miasteczka. To trzy godziny jazdy samochodem, który mają tylko oni – nie my. Są na emeryturze i mogą swobodnie jeździć tam i z powrotem, a ja jak?
Ich logika jest dziwna: dziecko ma być oddane do przedszkola u nich, a na weekendy mają ją przywozić do nas.
Jeszcze raz powtórzę – chcę pracować, ale córka ma tylko rok. Jest bardzo do mnie przywiązana, jest teraz taka ciekawa, zabawnie mówi swoje pierwsze słowa. Nie wyobrażam sobie, że zasnę, wiedząc, że jest daleko.
Z jednej strony teściowie mają rację. Z drugiej – no cóż, kto mi potem zwróci ten czas? Ale jak wyjść z tej sytuacji, nie wiem.
