Po tym, jak mój narzeczony uciekł, wychodzę za pierwszego lepszego

Piotr nie wierzył własnym oczom. Przy wyjeździe z miasta, na poboczu, oparta o samochód, wprost na ziemi, siedziała panna młoda w pięknej, białej sukni.

Piotr gwałtownie zahamował, cofnął samochód, wyszedł i niemal podbiegł do dziewczyny.

Płakała.

– Proszę pani, potrzebuje pani pomocy? – zapytał Piotr.

Dziewczyna nie zareagowała.

– Coś z samochodem? Może opona pękła? – pytał dalej.

Odpowiedziała jedynie kolejnymi łzami.

– Proszę pani, co się stało? A tak w ogóle, nie powinna pani siedzieć na ziemi… Zmarznie pani albo suknię sobie zabrudzi. Pewnie spieszy się pani na ślub? – zapytał nieśmiało.

Dziewczyna podniosła na niego zapłakane oczy i drżącym głosem powiedziała:

– Proszę mnie pogratulować… Mój narzeczony uciekł.

– Co?! – Piotr z niedowierzaniem uśmiechnął się głupio.

– Uciekł… – powtórzyła, znów zaczynając szlochać.

– Niesamowite – mruknął Piotr. – Słyszałem, że panny młode czasem uciekają, ale żeby narzeczony?

– Tak… – skinęła głową. – Prosto sprzed urzędu. Nawet nie zdążyliśmy się podpisać. Podjechał samochód… a za kierownicą ona. Wskoczył do środka i odjechali.

– A pani co tutaj robi? – zapytał zdziwiony.

– Goniłam ich… – odparła. Wyciągnęła spod siebie zmiętą welon i zaczęła wycierać łzy.

– Ależ proszę pani, zabrudziła pani welon… – zmartwił się Piotr. – Może przynieść chusteczki? Mam w samochodzie.

– Po co mi teraz welon? – powiedziała gorzko i cisnęła go na drogę.

– Proszę tak nie robić! – Piotr rzucił się, żeby go podnieść. Wrócił z welonem w ręku. – I co teraz? Jak długo zamierza pani tutaj siedzieć?

– Do końca życia – odpowiedziała z rezygnacją.

– To głupie – stwierdził Piotr. – Powinna się pani cieszyć, że stało się to przed ślubem.

– A co ja mam teraz zrobić? – spytała z rozpaczą. – Goście czekają w domu. Moi rodzice… Już nakryli do stołu. Teraz będą się ze mnie śmiali. Mówili mi przecież…

– Co mówili?

– Że on jest niepoważny… I mieli rację… Co ja mam teraz zrobić? – załamała ręce. – A pan żonaty?

– Nie – odparł z uśmiechem.

– I dobrze. Nikomu nie można ufać. Ani mężczyznom, ani kobietom. To moja przyjaciółka mnie z nim poznała. A teraz ona mi go zabrała.

– Żartuje pani? – Piotr usiadł obok na ziemi. – Przyjaciółka?

– Tak. Może powinnam wyjechać? – spytała poważnie. – Nie chcę nikogo widzieć. Gdzie mogę się przenieść?

– Może ze mną? – powiedział nagle Piotr, sam zaskoczony swoimi słowami.

– Z panem? – spojrzała zdziwiona. – A kim pan jest?

– Człowiekiem – wzruszył ramionami. – Wolnym, tak jak pani.

– Pan też od kogoś uciekł? – zapytała podejrzliwie.

– Tak – zaśmiał się. – Od rodziców. Szukam swojego miejsca na świecie. A pani siedzi tutaj… więc się zatrzymałem.

– Dziwne… – uśmiechnęła się nieśmiało. – Pewnie był pan w szoku, widząc mnie tutaj. Siedzę taka w białej sukni… Jak głupia.

– To prawda – Piotr też się uśmiechnął. – Więc jak? Jedzie pani?

– Z obcym człowiekiem? Chociaż… Patrząc na pana, wydaje się pan poważny.

– Jestem – skinął głową. – Nawet byłem kiedyś kierownikiem. Krótko, ale spodobało mi się. To jak?

– Najpierw chciałabym pojechać do rodziców. Niech się pośmieją, jeśli chcą. Ale pan jedzie ze mną. Będzie mi raźniej.

– Czy to wypada?

– Po tym, co mi się dzisiaj przydarzyło, wypada wszystko. – Zaśmiała się. – Powiem im, że musieliśmy coś zjeść przed podróżą. Daleko jedziemy?

– Im dalej, tym lepiej.

– Świetnie! – ucieszyła się. – To zapakuję kilka rzeczy i… jeśli pan się nie rozmyśli…

– Mam na imię Piotr – powiedział, podnosząc się z ziemi.

– A ja Kasia – odpowiedziała, wyciągając rękę.

– Miło mi – uścisnął jej dłoń. – Proszę wsiadać do swojego samochodu. Pojadę za panią.

– Jeśli pan zostanie w tyle, nie obrażę się – zażartowała, otwierając drzwi swojego auta.

– Nie zostanę – odparł Piotr. – Nawet nie próbujcie uciekać.

Dwa samochody ruszyły w nieznane…