Pojechałam złożyć życzenia wnuczce z okazji ślubu, jednak wszystko poszło zupełnie nie tak, jak myślałam. Zamiast podziękować mi, wnuczka zaczęła mnie oskarżać o skąpstwo, ponieważ włożyłam do koperty dwa tysiące, a ona liczyła, że podaruję im mieszkanie
– Anna, naprawdę jesteś dobra dusza – mówi do mnie sąsiadka. – Kto inny na twoim miejscu nawet by na nich nie spojrzał, a ty nie tylko wszystko wybaczyłaś, ale jeszcze i prezent im przyniosłaś.
– No tak – odpowiadam. – Przyniosłam. A co miałam zrobić? Ktoś musi być mądrzejszy w tej sytuacji.
Naprawdę tak myślałam, dlatego pojechałam złożyć życzenia wnuczce z okazji ślubu, chociaż wszystko poszło zupełnie nie tak, jak myślałam. I zamiast podziękować mi, wnuczka zaczęła mnie oskarżać o skąpstwo, ponieważ włożyłam do koperty 300 dolarów, a ona liczyła, że podaruję im mieszkanie.
Dziecko samo by na to nie wpadło, jestem pewna, że to jej matka, moja synowa, tak ją nastawiła. Jednym słowem, chciałam zrobić dobrze, a wyszło jak zawsze.
Mój syn rozwiódł się 10 lat temu. Nie dogadywali się z żoną i postanowili się rozstać, póki byli jeszcze młodzi, aby zdążyć ułożyć sobie życie osobiste.
Wtedy moja wnuczka Marta miała 13 lat. Syn nie odrzucał dziecka i przez wszystkie te lata regularnie płacił alimenty. Kupował też ubrania, obuwie, sprzęt, ale rzadko się spotykał, ponieważ jego była żona nie chciała, aby dziewczynka widywała się z ojcem.
Do mnie synowa wnuczki także nie puszczała, więc Martę widziałam tylko na zdjęciach w mediach społecznościowych. Dziewczynka choć dorosła, nie szukała kontaktów ani ze mną, ani ze swoim ojcem.
I oto wnuczka już dorosła. Niedawno wyszła za mąż. I wtedy okazało się, że jestem dla nich nikim. Mnie po prostu nie zaproszono na wesele.
Była synowa wyjaśniła, że na uroczystości byli tylko najbliżsi. A ja kim jestem? Przecież to moja rodzona wnuczka, ja – babcia.
Mojego syna też nie zaprosili na wesele córki. Wyobrażam sobie, jak mu było przykro. No i co z tego, że są rozwiedzeni, ale przecież to, że jest ojcem. Na weselu był drugi mąż synowej, a Marta zdecydowała, że ojczymowi będzie niezręcznie, jeśli będzie obecny jej ojciec. Taka dziwna, niezrozumiała dla mnie logika.
Było mi przykro, płakałam nawet, a potem postanowiłam się wziąć w garść i pójść złożyć życzenia Marcie. Miałam odłożone dwa tysiące, włożyłam je do koperty, zaprosiłam wnuczkę na kawę i wręczyłam prezent.
Naszej rozmowy nie można było nazwać ciepłą, bo Marta poświęciła mi tylko 15 minut, a potem powiedziała, że musi lecieć. Była wyraźnie rozczarowana moim prezentem i tego nie ukrywała.
Znów się zmartwiłam, bo liczyłam, że w ten sposób uda mi się nawiązać relacje z dorosłą wnuczką, ale ona nie była na to gotowa.
Prawie zapomniałam o tej sytuacji, ale niedawno krewni znów o mnie sobie przypomnieli. Chodzi o to, że odziedziczyłam mieszkanie po dalekiej krewnej i postanowiłam je wynająć. Dodatkowy dochód do emerytury mi się przyda.
Kilka dni temu zadzwoniła do mnie synowa i zaczęła się żalić, że jej córka jest w ciąży, a młodzi nie mają gdzie mieszkać. Poprosiła mnie, żebym pozwoliła im zamieszkać w tym mieszkaniu, a lokatorów wyeksmitowała.
– To wasza wnuczka i jej w niczym nie pomogłaś – żaliła się synowa. – Teraz masz okazję to naprawić – oddaj Marcie swoje odziedziczone mieszkanie.
Jestem oburzona takim postawieniem sprawy. Czyli jestem im potrzebna tylko wtedy, gdy można zyskać jakąś korzyść. Na weselu dla mnie nie było miejsca, ale do mieszkania pretensje mają.
Czy to sprawiedliwe? Czy jestem im coś winna?
