Pół roku temu w końcu zebrałam się na odwagę, spakowałam rzeczy i odeszłam od męża. A dokładniej od jego matki, ponieważ przez cały czas trwania naszego małżeństwa miałam wrażenie, że jestem żoną właśnie jej. Gdy zbierałam swoje rzeczy, zdążyła wetknąć nos we wszystkie moje torby i przeliczyć sztućce, żeby niczego ze sobą nie zabrała

Na początku związku mąż wydawał się poważnym i samodzielnym mężczyzną. Nawet nie mogłam przypuszczać, że jest tak uzależniony od zdania matki. Dlatego wyszłam za mąż z radosnym oczekiwaniem, ale wszystko poszło niezgodnie z planem dosłownie miesiąc po ślubie.

Mieszkaliśmy w mieszkaniu męża, wtedy jeszcze cieszyłam się, że nie z teściową, choć w rzeczywistości okazało się, że również z nią, bo całe wolne dni spędzała u nas. Uczyła mnie prowadzić gospodarstwo, chociaż wyszłam za mąż w świadomym wieku i prowadziłam już samodzielne życie, a nie spod maminej spódnicy.

Bardzo szybko zrozumiałam, że bez decyzji teściowej nie możemy zrobić ani kroku. Na zakupy jedziemy – trzeba zabrać mamę, bo ona wie, co i gdzie jest tańsze. Jakie tapety nakleić – mama lepiej wie, ma taki wspaniały gust.

Cokolwiek kupowałam do mieszkania – wszystko poddawano krytyce. Kolor, rozmiar, kształt, cena – wszystko było nie tak i z czasem albo oddawane komuś, albo wyrzucane, albo kurzyło się w schowku. O czym tu mówić – nawet szczoteczki do zębów nie mogłam kupić bez rady teściowej.

Rozmawiałam z mężem nie raz. Ale on miał jedną odpowiedź na wszystko – mama wie lepiej, ma doświadczenie, trzeba jej słuchać. Nie mam nic przeciwko doświadczeniu i radom, ale nie wszystko trzeba robić pod dyktando teściowej. Moja mama daje rady, a teściowa po prostu nami kieruje, jak marionetkami.

Przyjaciółki, z którymi dzieliłam się swoimi trudnościami, mówiły jednogłośnie, że jestem naiwna i powinnam uciekać od takiego „szczęścia”, gubiąc kapcie po drodze.

– Wyobraź sobie tylko, co będzie, gdy pojawią się dzieci! Teraz masz jeszcze miejsce do manewru, a z dzieckiem na rękach możliwości będzie znacznie mniej.

Sama rozumiałam, że to wszystko jest nienormalne i raczej nie zmieni się na lepsze. Ale nie chciałam odchodzić od męża.

Podczas gdy liczyłam na cud, matka męża zdążyła naszeptać mu do ucha, że powinnam zmienić pracę, bo pracuję w męskim kolektywie, a to nie jest dobre. Mąż skrupulatnie przekazał mi myśli mamy swoimi słowami, mówiąc, że długo to tolerował, ale wszystkiemu musi przyjść kres.

– A w ogóle, po co ci praca? Dobrze zarabiam, mamy mieszkanie – siedź w domu, wychowuj dzieci i zajmuj się gospodarstwem.

Odmówiłam odejścia z pracy, bo odpowiadał mi i kolektyw, i wynagrodzenie, i sama praca. Mąż jeszcze kilka razy próbował z różnych stron, ale odpowiedź była niezmienna – nie odejdę z dobrej pracy przez czyjeś domysły.

Wtedy teściowa postanowiła wkroczyć aktywnie – zaczęła bezpośrednio ze mną rozmawiać, przekonując, że jeśli odmawiam odejścia z tej pracy, to znaczy, że coś jest nie tak. W przeciwnym razie bym tak nie odmawiała.

Mąż kiwał głową, zgadzając się z mamą. A potem jeszcze dodał, że to brak szacunku do niego osobiście – tak się zachowywać.

Co miał na myśli mówiąc „tak się zachowywać”, nie wiem, ale nie mogło to dłużej trwać. Z iskry wybuchł płomień, wylałam wszystkie swoje żale, powiedziałam, że mam dość życia pod dyktando teściowej, mam swój rozum i mnie on odpowiada. Mąż płakał, że po prostu nie chcę słuchać mądrych ludzi, a teściowa go pocieszała, mówiąc, że takich jak ja jest na pęczki.

Noc spędziłam u przyjaciółki, a następnego dnia przyszłam zbierać rzeczy. Byłam zdecydowana na rozwód. Pakowałam tylko swoje rzeczy pod czujnym okiem teściowej, mąż po prostu zacisnął zęby i wyszedł z mieszkania, żeby mnie nie widzieć.

A jego mama zdążyła wetknąć nos w każdą torbę, przeliczyła poduszki, sztućce, kieliszki – wszystko, co jej zdaniem mogłam zabrać ze sobą.

Choć mąż zarabiał przyzwoicie, wolał urządzać mieszkanie mamy i teraz doskonale rozumiem dlaczego – żeby chciwa żona nic nie dostała.