Poznała mężczyznę. Ma 45 lat, a nigdy nie był żonaty. I dzieci nie ma. Co z nim nie tak?

Luba poznała godnego mężczyznę. Arnold pracował w instytucie badawczym. Chodził w marynarce. Był dobrze sytuowany – miał swoje mieszkanie w ceglanym domu, garaż i samochód marki „Żuk”. Skończył 45 lat. Żony – ani obecnej, ani byłej – nie miał. Dzieci również nie miał. Pochodził z bardzo porządnej rodziny – wszyscy tam inteligenci w trzecim pokoleniu.

Zostali specjalnie przedstawieni. Można powiedzieć, że ich zeswatała. Kuzynka Arnolda była przyjaciółką Luby. Kuzynka bardzo troszczyła się o samotność krewniaka i zorganizowała im spotkanie. “Mój brat,” mówiła przyjaciółka, “to bardzo wspaniały człowiek. Złote ręce, ogromne czoło – a za nim umysł najbystrzejszy. Prawie nie pije. Palenie w umiarkowanych ilościach. Na pracy oceniany bardzo pozytywnie przez przełożonych. My, jego rodzina, bardzo się martwimy – za chwilę stuknie pięćdziesiąt, a on dalej siedzi samotnie. Zmarnuje się ten człowiek. Nieuchronnie nadchodzi starość i niemoc. Nikt mu nie poda nawet walidolu. I potomstwa nie zostawi. Postanowiliśmy więc wyciągnąć do niego rękę pomocy, po rodzinnemu, że tak powiem.”

I Luba od razu polubiła tego pozytywnego Arnolda. Miał ładny głos. Spokojny. Nie używał przekleństw, spodnie miał wyprasowane, buty niemal czyste. Okulary eleganckie. Włosy zaczesane. Trochę przy kości, ale to nic złego – mężczyznom dobrze wyglądać pełniejszym. Od razu emanował powagą. Oczywiście wymienili się numerami telefonów na pożegnanie.

Po tym spotkaniu w teatrze, gdzie siedzieli ramię w ramię, a potem poszli razem do bufetu, Luba była pełna marzeń. Jak to teraz na pewno się zbliżą. I będą jeździć „Żukiem” na łono natury. Majowe słońce i trawa w zębach Arnolda, tak to sobie wyobrażała. A potem razem przywitają Nowy Rok, który jest rodzinnym świętem. I Arnold nie będzie już musiał sam prasować spodni. A Luba gotuje świetnie – wszyscy chwalą. I jeśli wszystko się ułoży, to można wymienić Arnolda kawalerkę i jej dwupokojowe mieszkanie na całe trzy pokojowe. W dobrej okolicy. A potem kupić działkę w malowniczym miejscu. I kręcić się w kręgu rodzinnego szczęścia.

Jednak coś niepokoiło Lubę. Czterdzieści pięć lat Arnoldowi, a nigdy nie był żonaty. Ani razu! I dzieci nie ma. Piąty krzyżyk, a on samotnie się buja po świecie. Jak to, normalne czy nie? Luba marszczyła czoło, poruszała ustami. Zastanawiała się. Czy to dopuszczalne? Czy może coś złego się za tym kryje? W jej otoczeniu wszyscy byli żonaci. W ostateczności – rozwiedzeni. Ale ci rozwiedzeni, to pijący albo bardzo rozwiązli mężczyźni.

A jeśli zaprosi ją do małżeństwa? Co robić?! Po pojadą na łono natury, a Arnold jej się oświadczy. Powie wprost: „Wyjdź za mnie, Luba, za mąż. Będziemy razem przez życie. Dzielić radości i troski. Oddaję ci moje serce bez reszty.” A ona pomyśli. I być może ta pauza nawet naruszy jego męską dumę. I może przestanie chcieć się ożenić. Dlatego – nie ma mowy. Żadnych długich pauz. To dobrze wygląda tylko w filmach. Należy trochę się zdziwić propozycją, chwilę pomyśleć, a potem radośnie krzyknąć, rzucić się Arnoldowi na szyję. A on będzie ją kręcił, kręcił. I oczywiście bąbelki szampana. I może jeszcze dziecko się urodzi. Późni ojcowie są najlepsi.

Ale i tak było strach. Czterdzieści pięć lat – to wiek. W tej delikatnej sprawie Luba potrzebowała porady i wsparcia. Zbierała więc przyjaciółki, żeby omówić trudną sytuację. Luba zaprosiła swoje najbliższe przyjaciółki na kuchenną herbatkę: Inę, Lidkę, Olę, wielodzietną Klarę. I starszą koleżankę Irinę Sidorownę. I tak zaczęły się dzielić swoimi argumentami.

„Ha,” powiedziała Ina. Pracowała w męskiej części fryzjerskiego salonu i znała się doskonale na męskich sprawach. „To wszystko, oczywiście, kusi. Mówi się, że w marynarce. I z mieszkaniem. Piąty krzyżyk. To jasne nawet dla dziecka. On, Luba, ma zapewne problem z fizjologią. Znam takich facetów. Nazywają ich ‘chmura w spodniach’. Albo są jakieś problemy psychiczne. Kompleksy kwitną. Moja przyjaciółka z dzieciństwa miała dokładnie tak samo. Poznali się jak wy, w teatrze dramatycznym. Zaczęli bliską znajomość. Chodzili do siebie, poznawali rodziców, jedli lody. A on, narzeczony, ani be, ani me. Tylko trzymał moją przyjaciółkę za rękę. I sapal. Nawet w najbardziej romantyczną noc uciekł pod pretekstem włączonego żelazka. Albo mleka na kuchence. Przyjaciółka z dzieciństwa wtedy tak straciła poczucie własnej wartości! Straszna rzecz. Do tej pory nie mogła się pozbierać. Mówi, że nie czuje się pełnowartościową kobietą. Złamał ją ten sapek. Planuje nawet całkowicie zakończyć życie świeckie i zapisać się do klasztoru. Aż do Kamczatki zbiera się.”

„Lidka” też się zgadza. „Wyraźnie widać niezdrową sytuację,” mówi. „Ale, na pewno, z innym rodzajem niezdrowia. A rodzice Arnolda, żyją jeszcze? Staruszka-matka się rusza? Tęsknił za maminy zupą? Tęsknił?! Przypomnij sobie. A sweter jaki nosi? Ręcznie robiony? Oczywiście, ręcznie robiony. Pod marynarką schowany. To mamisyn, który ci się trafił. Bardzo przypomina. I matka narzeczona go tam wybiera. Księżniczki czekają w koszyku. Nie wiąż się z nim, Luba. Na cudzych zupach szczęścia nie zbudujesz. Pieprznie cię odrzuci. Ty sama masz już ponad trzydzieści, rozwód za sobą i dzieci-podatki. Ty sama jesteś dosyć na specjalne życzenie. A on – to zwykły mamisyn. Możesz trafić na takie gniazdo os, że będziesz musiała uciekać – w środku nocy, boso, z dziećmi na rękach. Moja koleżanka Zinaida Piotrowna miała dokładnie tak samo. Poznała mężczyznę w muzeum etnograficznym. A on był pilotem, latał za granicę, przystojny, z pieniędzmi. I oczywiście z mamą. Mama, jak zobaczyła, że jej pilotem zainteresowane są kobiece ręce, zorganizowała cały kodeks karny. Włożyła jakieś zagraniczne kolczyki do kieszeni płaszcza Ziny Piotrownej. A pilot własnoręcznie je znalazł. I Zinaida Piotrowna musiała oddać swoje pieniądze, żeby tylko nie było skarg. Już piąty rok spłaca stratę. Więc, Luba, lepiej jedź do Kamczatki.”

„Ola,” księgowa z wyks

ztałcenia, miała zupełnie inne zdanie na temat tej niejednoznacznej sytuacji. „Ale coś on nie wygląda na mamisyna,” mówi. „Żyje samotnie w swoim kawalerce. I przyszedł do teatru bez mamy, co jest znaczące. Prawdopodobnie zarabia grosze. Jakie tam zarobki w ich instytucie! Kobiety unikają biedaka. Pewnie dom i samochód rdzewieją od dziadków. Zarabia grosze, desperacko potrzebuje. Zobaczył cię – naiwną dziewczynę – i zaczął cię zabiegać, sugerować małżeństwo. Inne mądre kobiety go odesłały. I on, na starość, postanowił znaleźć sobie wygodne miejsce. Znalazł prostą dziewczynę. Powiedz, pytał cię o wynagrodzenie? Luba, on cię wprost nie zapyta. Pewnie dopytywał się okrężnymi drogami. Tacy sprytni potrafią i hipnotyzować. Było tak? Wyraźnie chce się powiesić na kobiecej szyi. W naszej rodzinie było podobnie. Moja ciotka też przystawiła takiego Arnolda na szyję. Poprzez hipnotyczne wpływy. Już trzydzieści lat nosi to na sobie. Jest artystą na wolnym etacie. I ten może być podobny. Najważniejsze – nie zapisuj go do wspólnego mieszkania.”

„A Klara,” wielodzietna przyjaciółka, miała inne zdanie. „Nie, mówi, Lubeczko. On jest inny. On ma egoistyczną naturę. Są tacy ludzie. Żyją tylko dla siebie. Zabawa na wszelkie sposoby. Innym coś dać – zawsze przeciw woli. Pewnie przepada na rybach. Jeździ na wakacje. Zamawia marynarki. Kolacje w restauracjach je. Na łyżwach robi piruety. Tacy ludzie nie chcą dzieci. To nie mój Piotr, który wręcz oszaleje na punkcie dzieci. Zobacz, jak na szóstego namawia! Mówi, że nie chce kaczek i wakacji, tylko kolejnego potomka. A Arnold to egoista. W jego wieku inni już noszą wnuki na rękach.”

A starsza koleżanka Irina Sidorowna odchrząknęła i mówi. „Eee, nie wszystko jest takie proste z tym Arnoldem. Widziałam zupełnie inny obraz. Ten Arnold, Luba, całe życie zmieniał kobiety jak rękawiczki. To w kurortach, to w restauracjach. Albo w samym instytucie. Wprost w pracy. Rozpieszczony na emeryturę. Teraz żadna kobieta go nie zwiąże. Nie ma szacunku dla płci pięknej. Będzie dalej motylem fruwać.”

Luba wysłuchała wszystkich bardzo uważnie. Irinę Sidorowną – szczególnie. Zważyła opinie. Przeżywała mocno. Ale wciąż czekała na wymarzoną wiadomość. A tej nie było.

A kiedy Luba prawie zapomniała o Arnoldzie – już przestało boleć! – nagle spotkała się z jego kuzynką. Kuzynka, spoglądając na boki, opowiedziała o dalszym losie krewniaka. „Nasz Arnold,” mówi, „sam znalazł sobie damę serca. Ma ponad pięćdziesiąt lat. Doktor nauk, swoją drogą. Pracowali razem w instytucie przez całe życie. I bardzo za nią tęsknił. Tajemnie się wysuszał. Przez dwadzieścia lat żywił namiętność. A niedawno u damy zmarł mąż na zawał serca. I Arnold wspierał wdowę w żalu. A potem delikatnie zasugerował swoje głębokie uczucia. I poszło – całkowite zjednoczenie dusz i zainteresowań. Ja, powiedział Arnold, urodziłem się jako niezwykły monogamista. Całe życie byłem zakochany w doktorze. I teraz jestem z nią bardzo szczęśliwy.”