– Pracować dla teściowej nie zamierzałam, a warzywa można kupić w sklepie

– Krótko mówiąc, jak chcesz – odciął się teść – ale do miasta cię nie zawiozę.

– I nie musisz, pojadę autobusem albo pociągiem, co tam u was jeździ.

– Autobus, następny kurs jest o szóstej. A do przystanku stąd jest pięć kilometrów – odpowiedział teść, spuszczając wzrok.

– Co, jeszcze śpicie? – zdziwiła się Larysa, wchodząc do mieszkania swojego syna, Michała, i jego żony, Julii.

– Szykujcie się, jedziecie z nami wykopywać ziemniaki.

Michał przetarł oczy i zaczął zakładać dżinsy.

– Michał – wykrzyknęła Julia – naprawdę mamy teraz wszystko zostawić i jechać na działkę?
– Kochanie, to rodzice, trzeba im pomóc.

Julia z niedowierzaniem patrzyła to na teściową, to na męża. Sobotniego poranka planowała zupełnie inaczej spędzić czas. Co więcej, dzień i wieczór na działce w ogóle jej się nie uśmiechały.

– Róbcie, co chcecie, ale ja zostaję w mieście, mam inne plany.

– Ziemniaki zimą wszyscy będziemy jeść – stwierdziła teściowa – więc wszyscy musimy je wykopywać. Czy mamy pracować za wszystkich?

– Laryso, czy ja odmawiam pomocy? Ale dlaczego mam teraz wszystko rzucać i jechać? Nie mogliście wcześniej powiedzieć, że chcecie wykopać ziemniaki w ten weekend? Moglibyśmy znaleźć dogodny termin dla wszystkich. A teraz jeszcze się nie wyspałam, a wieczorem mam zaproszenie na urodziny koleżanki i nie zamierzam tego odwoływać. Mogę przyjechać jutro i pomóc, jeśli będzie taka potrzeba.

– Do jutra już wszystko zrobimy! – oburzyła się teściowa. – Nie sądziłam, że jesteś taką leniwą.

Julia nie rozpoznawała Larysy. Myślała, że miała szczęście z teściową. Znalazły wspólny język, dobrze dogadywały się w kuchni, zawsze miały o czym porozmawiać. Na tle opowieści przyjaciółek, które wiecznie miały problemy z teściowymi, jej historia wydawała się bajką. Ale bajka skończyła się zaledwie miesiąc po ślubie.

Julia spojrzała na męża, oczekując jego reakcji. Chciała, żeby Michał stanął po jej stronie. Ale stało się inaczej.

– Julio, po co tak robisz? Po co kłócić się z rodzicami? Nic się nie stanie, jeśli jutro pogratulujesz Oli. A dzisiaj wykopiemy ziemniaki.

Co teraz zrobić? Od męża nie dostanie wsparcia. W tym momencie teściowa zmieniła taktykę:

– Julka, może rzeczywiście, powinniśmy wcześniej się umówić. Przysięgam, że następnym razem tak zrobimy, ale dzisiaj już tak wyszło, jedź z nami. Do koleżanki pójdziesz jutro. Zabiorę ci ze sobą świeże pomidory i ogórki z ogródka.

– Dobrze, proponuję kompromis: jadę z wami na działkę, pracuję do trzeciej, a potem wracam do miasta na urodziny.

– No widzisz – ucieszył się Michał – zawsze można się dogadać!

Julia i Michał szybko się zebrali, nawet nie jedząc porządnie śniadania, bo Larysa ciągle ich ponaglała:
– Szybciej, szybciej, musimy zdążyć przed korkami.

Mieli jechać samochodem teścia, Michał odmówił prowadzenia, twierdząc, że nie ma gdzie zaparkować samochodu na działce.

Pół dnia Julia wraz ze wszystkimi kopała ziemniaki, słuchając radosnych komentarzy teściowej:
– Widzisz, jak fajnie, wspólna praca zawsze przynosi korzyści, a ty nie chciałaś jechać.

O drugiej zrobili przerwę. Gdy wszyscy jedli obiad, Julia przygotowywała się do wyjścia. Kiedy wyszła do reszty, teść, Zbyszek, zdziwił się:

– A dlaczego jesteś taka wystrojona? Mamy jeszcze mnóstwo pracy.

– Umówiliśmy się z Larysą, że o trzeciej wyjadę. Mam plany na wieczór.

– Co za pomysł. Wszyscy pracują, a ty też musisz.

Julia westchnęła ze znużeniem. Nie spodziewała się drugiej rundy. Spojrzała na męża szukając wsparcia, ale on tylko rozłożył ręce: a co ja mogę zrobić?

– Zgodziłam się jechać tylko pod warunkiem, że o trzeciej wyjadę. Nie zamierzam zmieniać swoich planów przez jakieś ziemniaki.

– A zimą pierwsza po nie przybiegniesz – wtrąciła się teściowa. – A pomóc odmawiasz.

– Krótko mówiąc, jak chcesz – odciął się teść – ale do miasta cię nie zawiozę.

– I nie musisz, pojadę autobusem albo pociągiem, co tam u was jeździ.

Michał odwrócił wzrok:

– Autobus, następny kurs jest o szóstej. A do przystanku stąd jest pięć kilometrów.

– Dlaczego mi nie powiedzieliście? – zdziwiła się Julia.

– Nie pytałaś.

Julia opuściła bezradnie ręce.

– W ogóle nie zamierzaliśmy dzisiaj wracać do miasta – dodał teść. – Wątpię, że zdążymy zrobić wszystko, co zaplanowaliśmy.

Julia gniewnie spojrzała na teściową:

– Czyli mogłam przyjechać rano i znalazłaby się dla mnie praca? Dlaczego mnie okłamałaś?

– Inaczej byś nie przyjechała. A u nas tradycja rodzinna: wszyscy razem kopią ziemniaki.

– No wiecie co! Nie wezmę do ust ani jednego waszego ziemniaka. Niczego z ogródka. Nie będzie mnie tu więcej.

Odwróciła się i poszła w stronę furtki. Michał rzucił się za nią:

– Gdzie idziesz? Zostańmy tutaj na noc, pomożemy rodzicom. Przecież jest tu tak pięknie, świeże powietrze, ptaki śpiewają.

– Nie wiem, dla mnie tu jest duszno od nachalnych prób twojej mamy tworzenia rodziny tam, gdzie jej chyba nie ma.

– O co ci chodzi?

– W rodzinie nikt nikogo nie oszukuje i nie stawia w beznadziejnej sytuacji.

– W każdym razie, lepiej poczekać do rana. Nie będziesz szła na przystanek przez nieznaną wieś. I czekać na autobus dwie godziny.

– Oczywiście, że nie. Zadzwonię do Oli, coś wymyślimy. Poproszę Denisa, żeby mnie odebrał, albo kogoś innego.

Julia trzasnęła furtką i poszła w stronę skrzyżowania, które mijali rano. Idąc, starała się uspokoić. Nie mogła uwierzyć, że ludzie mogli tak nagle zmienić się. Wcześniej nawet przez myśl jej nie przeszło, że rodzice Michała mogą tak ostro przekraczać granice.

Gdy trochę się uspokoiła, rozejrzała i sprawdziła mapę, zadzwoniła do solenizantki:

– Cześć, mam tu przygodę. Znajdzie się u was jakiś rycerz na koniu, gotowy uratować księżniczkę z opresji?

– Co się stało?

– Jestem jakieś 30 kilometrów od miasta, przy Jarosławskim Szosie, na jakiejś działce. Zostałam wzięta w niewolę i powiedziano mi, że dopóki nie wykopię 14 arów ziemniaków, nie odwiozą mnie do miasta. Autobus jeździ dwa razy dziennie, a do przystanku ponad godzina drogi. Wyślę ci lokalizację. Pomóżcie.

– Intrygujące.

– Historię opowiadają tylko uratowane księżniczki.

Ola roześmiała się i powiedziała:

– Dobrze, zaraz znajdziemy ci rycerza na koniu.

Po około 40 minutach przed Julią zatrzymała się czarna Toyota Denisa, brata Oli:

– Karoca podjechała, wasza wysokość.

Julia uśmiechnęła się szczęśliwie:

– Wybawca!

Jeszcze godzinę później, siedząc przy stole z przyjaciółmi, opowiadała im historię swojej przygody:

– Gdy rano obudziłam się na krzykliwe wezwania teściowej, myślałam, że gorzej być nie może. Ale gdy zdałam sobie sprawę, że być może będę musiała nocować na tej przeklętej działce…

– No, rzeczywiście, sytuacja – śmiała się Ola. Zawsze podziwiała, jak Julia potrafiła bronić swoich granic i z jakim humorem wychodziła z każdej sytuacji.

– I wszyscy mi wypominali tę ziemniaki, które rzekomo będę jeść w ogromnych ilościach, jak stonka, ale których jeszcze nie widziałam na oczy. Można by pomyśleć, że zatrudniłam się do pracy dla teściowej i teścia.

– Jak dla mnie, warzywa w sklepie wychodzą taniej – zgodził się Denis.

– Pod względem nerwów – na pewno.

Na noc Julia została u Oli. Nie chciała wracać do domu po wszystkim. Nie wiedziała, jak po tym wszystkim rozmawiać z Michałem.

Następnego dnia, około południa, Michał zadzwonił do niej.

– Gdzie jesteś?

– U Oli.

– Kiedy wracasz do domu? Jestem zmęczony, myślałem, że spotkasz mnie z obiadem.

– A co, nie najadłeś się tam ziemniakami?

– Julio, przestań. To moja rodzina, nie mogłem im odmówić.

– No tak, po co odmawiać matce, skoro można okłamać żonę. Rozumiem, że dla was nie jestem rodziną.
Michał długo milczał, a potem powiedział:

– Musimy spokojnie porozmawiać. Wróć do domu, omówimy to.

Rozmowa była długa, bo Michał ciągle uciekał w usprawiedliwienia i rodzinne wartości, a Julia w ironię.

W wyniku rozmowy doszli do prostego rozwiązania: Julia nie jeździ na działkę, nie pomaga nikomu, ale też nie rości sobie pretensji do warzyw z ogródka. Michał może jeździć na działkę tak często, jak wymagają tego rodzinne wartości.

Larysa długo oburzała się na takie rozwiązanie, w końcu oświadczyła, że synowa nie zobaczy ich warzyw, a Michała będzie karmić u siebie. Kto nie pomógł, ten niech teraz gryzie łokcie. Sama Larysa przez kilka miesięcy nie pojawiała się w domu syna i synowej.

Sytuacja zmieniła się dopiero w styczniu, na urodziny Michała. Julia, wiedząc, że wiecznie być w konflikcie nie można, zaprosiła teściową i resztę rodziny do siebie.

W tym dniu szczególnie się postarała w kuchni: przygotowała kilka nietypowych sałatek, piękne i smaczne przekąski, upiekła mięso w sosie borówkowym. Na przystawkę zrobiła puree ziemniaczane. Do tego podała marynaty: ogórki, pomidory, patisony, a nawet grzyby.

Teściowie jedli i chwalili.

– Smaczne macie te pomidorki. To twoja mama kisiła? Widzisz, jak ważna jest działka? W sklepie takich nie kupisz

Mama Julii mieszkała w Sopocie i rzadko bywała w Warszawie. Ostatni raz była na ślubie córki, po czym zabrała młodych na odpoczynek, na miesiąc miodowy. Już dawno nie miała działki, ale teściowie nie zdążyli się dobrze poznać z jej mamą i nie wiedzieli o takich szczegółach.

– Nie, wszystko robiłam sama, a warzywa i grzyby kupiłam w sklepie.

– No, proszę, i takie pyszne wyszły. Ale to pewnie drogo kosztowało. Z własnego ogródka byłoby taniej, myślę – nie dawała za wygraną teściowa, próbując nakłonić synową do pomocy przy grządkach.

– Laryso, policzmy razem, co wychodzi taniej i prościej.

Usiadły razem w kuchni po zakończeniu przyjęcia i przez ponad 40 minut liczyły, ile kosztuje kilogram ziemniaków wyhodowanych na działce.

Larysa patrzyła zdziwiona na wynikające liczby. Synowa uwzględniła wszystko: koszty benzyny, nawozy, nasiona, opłaty za prąd i wodę na działce, i wiele innych rzeczy, o których Larysa nigdy wcześniej nie myślała. Julia zaproponowała nawet uwzględnienie średniej wartości godziny pracy członków rodziny. Teściowa próbowała sprzeciwić się temu punktowi:

– To przecież nie praca, nie płacimy za własną pracę.

– Po pierwsze, a co to jest? Taka sama praca, jak moja księgowość czy twoje zeszyty – Larysa była nauczycielką. – Po drugie, poświęcacie na to czas, i to też wpływa na koszt. Jeśli robicie to z przyjemnością, można to uznać za hobby, ale dla mnie to ciężka praca, bez żadnej przyjemności. Dlaczego nie mam uważać, że moja praca zwiększa koszt produktu?

W końcu okazało się, że rzeczywiście, zakup produktów wychodzi taniej niż ich uprawa. Julia postanowiła jeszcze raz wyrazić swoją opinię:

– Rozumiem, że dla was to styl życia, rozrywka. I że to obejmuje rzeczy, które są już dla was trudne. Nie mam nic przeciwko, żeby pomóc, zwłaszcza przy tym, co jest dla was naprawdę ciężkie. Ale nie uważam, że powinnam to robić na każde zawołanie.

Po tym dniu synowa i teściowa stopniowo wypracowały proste zasady komunikacji na temat działki, nauczyły się dogadywać i żyły w zgodzie i zrozumieniu.