Przeszłam na emeryturę, ale nie powiedziałam o tym dzieciom. I dobrze zrobiłam!
– Mamo, obyś jak najszybciej przeszła na emeryturę. Będziesz mi pomagać z dziećmi – mówiła ostatnio moja córka Anna, przychodząc do mnie w odwiedziny. Oczywiście, nie sama, a ze swoją gromadką.
Ja tylko milczałam. Mówiłam przecież Annie kilka lat temu: nie spiesz się z zakładaniem rodziny, nie spiesz się z rodzeniem tylu dzieci!
Błagałam Annę i zięcia, żeby najpierw stanęli na nogi. Ale gdzie tam, oni przecież młodzi, wiedzą lepiej. Mamo, nie martw się, damy sobie radę! Jasne, jasne – myślałam sobie.
I co w rezultacie? Urodzili trójkę, a teraz nie wiedzą, na kogo je zrzucić. Zięć haruje na trzech etatach, a Anna od rana do wieczora sama z maluchami.
Mama mojego zięcia przewidująco wyprowadziła się do innego miasta, żeby być dalej od kochanych wnuków. Ja też niemal całodobowo siedzę w pracy.
Zmęczona córka przy każdej okazji przyprowadzała do mnie dzieci i wzdychała, jak bardzo chciałaby mieć babcię na każde zawołanie.
– U Ireny mama od razu przeszła na emeryturę, gdy urodził się Wiktor. Powiedziała, że będzie pomagać. U Marty teściowa jest zawsze pod ręką. Marta nawet na masaż chodzi, bo babcia zajmuje się wnukami – dzieliła się nowinkami Anna.
Nie spieszyłam się z żadnymi obietnicami. Pomagałam inaczej – wychodziłam z wnukami na spacer, kiedy córka drzemała u mnie w domu. Bawiłam się z nimi, czytałam książeczki. Czasem nawet wspomagałam ich finansowo.
I tak toczyło się nasze życie, aż kierownictwo w mojej pracy postanowiło zoptymalizować – jak to ujęli – procesy biznesowe. A pierwszą osobą, którą zwolnili, byłam, oczywiście, ja.
Na moje miejsce wzięli jakąś młodą dziewczynę, a mnie poprosili o spakowanie rzeczy i odejście. Mogłam, oczywiście, się skarżyć, iść do sądu. Ale pomyślałam, że skoro tak się stało, to widocznie los tak chciał. Pracowałam wystarczająco długo, czas odpocząć. Dzieciom nic nie mówiłam. I dobrze zrobiłam, jak się później okazało!
Dzień siedzę w domu, dwa, trzy. W końcu do Anny, która dzwoniła codziennie z tymi samymi skargami, dotarło, że nie jestem w pracy.
– Naprawdę? Jesteś w domu? Może w końcu przeszłaś na emeryturę? – zapytała z nadzieją.
I tu, jakby diabeł mi podpowiedział, odpowiedziałam: Nie, wzięłam krótki urlop. Chcę odpocząć przed świętami.
– I bardzo dobrze! – ucieszyła się Anna. – Zaraz przyjedziemy! Skoro jesteś w domu, posiedzisz z chłopcami, a ja pójdę na fitness.
I odłożyła słuchawkę, nie dając mi nawet dojść do słowa. Co miałam zrobić? Trzeba było przyjąć gości. Przecież nie schowam się przed nimi.
Córka nawet się nie rozebrała. Wcisnęła mi swoje dzieci i zniknęła. Wróciła o wiele później, niż obiecywała.
Powiedziała, że wpadła do koleżanki. Że chciała się spotkać z kimś znajomym, tak jak w dawnych, dobrych czasach.
Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. Znowu przyprowadziła dzieci i zniknęła na cały dzień.
Bawiliśmy się, spacerowaliśmy, a potem walczyliśmy o drzemkę. Wieczorem byłam jak wyciśnięta cytryna. Nawet nie miałam siły kłócić się z Anną, kiedy w końcu przyszła.
I co myślicie? Trzeciego dnia córka znowu wparowała z dziećmi! Nawet mnie nie uprzedziła. Po prostu zostawiła je w drzwiach i uciekła, nie mówiąc ani słowa!
Wtedy zrozumiałam, że dłużej tak nie wytrzymam.
Wieczorem powiedziałam córce, że od jutra wracam do pracy. Mówię, że nagły telefon, sytuacja awaryjna.
– Koleżanka z pracy trafiła do szpitala, nie ma komu pracować. Obiecali mi podwójną wypłatę – wcisnęłam jej historię.
Córka zamrugała oczami.
– Mamo, może już naprawdę przejdziesz na emeryturę?
– Będziemy ci płacić, jak niani. Może nie jak pełny etat, ale zawsze jakaś sumka – zaproponowała.
Zawahałam się tylko na sekundę. Ale potem szybko się otrząsnęłam. Znam ich “będziemy płacić”!
Przez pierwszy miesiąc może coś bym dostała. A potem zaczęłaby się stara śpiewka, że nie mają pieniędzy i że sami nie mają co jeść.
– Nie, córeczko, teraz nie mogę – odpowiedziałam. – Jak koleżanka wróci, to pomyślimy.
Kłamać własnej córce – okropne uczucie. Ale co zrobić, jeśli nie chcę zamienić się w darmową nianię dla wnuków?
Teraz siedzę w domu i ukrywam się jak szpieg. W ciągu dnia nie odbieram telefonów – niby jestem w pracy. Po ulicach chodzę ostrożnie, rozglądam się, żeby przypadkiem nie wpaść na Annę. A nasze miasto przecież małe…
Nie wiem, co robić w tej sytuacji. Kłamać już mi się nie chce, ale też nie zamierzam stać się służącą córki.
