Przypadkowo dowiedziałam się, że mój pasierb celowo psuł jedzenie, żeby jego ojciec mnie opuścił
Nigdy bym nie pomyślała, że będę miała poważny związek z dojrzałym mężczyzną wychowującym syna. Ale los to taka rzecz, że nigdy nie należy mówić „nigdy”.
Jarosław dołączył do naszej firmy około roku temu i niemal od razu został przeniesiony do mojego działu. Na początku nasze rozmowy ograniczały się do tematów służbowych. Nie chciałam otwierać się przed nowym kolegą.
Potem rozmowy stały się cieplejsze i bardziej osobiste. Miałam wrażenie, że Jarosława znam całe życie. Wspólne obiady przerodziły się w spotkania po pracy w kawiarniach i wypady na łono natury w weekendy.
Byłam po prostu w siódmym niebie. Chodziłam do pracy jak na święto. Inni koledzy zauważyli zmiany, ale i my z Jarosławem się nie ukrywaliśmy. Byliśmy wolnymi ludźmi, więc mieliśmy prawo przeżywać romans.
Po pół roku Jarosław zaproponował, bym poznała jego syna, Artura. Wychowywał go sam, ponieważ jego była żona wyjechała za granicę, gdzie znalazła nowego męża. Nie zamierzała wracać po nastoletniego syna, jedynie od czasu do czasu przesyłała drogie prezenty. Jarosław dźwigał więc ten ciężar samotnie – z jednej strony praca, z drugiej wymagające dziecko w okresie dojrzewania. Po prostu mieszanka wybuchowa!
Poznanie przebiegło spokojnie, choć Artur nie wyglądał na zadowolonego.
Byłam bardzo zaskoczona, kiedy wkrótce połączyliśmy gospodarstwa. Jarosław mieszkał z synem w przestronnym trzypokojowym mieszkaniu. Spakowałam swoje rzeczy i szybko wprowadziłam się do ukochanego.
Mieszkanie wymagało kobiecej ręki. W ciągu kilku miesięcy stworzyłam tam przytulność i marzyłam o wspólnych wakacjach latem. Z Arturem mieliśmy raczej neutralne relacje: większość dnia spędzał w szkole i na treningach. Spotykaliśmy się głównie wieczorem. Jarosław umiejętnie rozładowywał niezręczne cisze swoim błyskotliwym humorem.
Domowe obowiązki w dużej mierze spadły na mnie. Ale to mi nie przeszkadzało – lubię gotować, a sprzątanie nie zajmowało wiele czasu. Na kuchni rozwinęłam skrzydła. Prawie codziennie moi panowie czekali na kulinarne arcydzieło na kolację.
Raz mięso pieczone z ziołami, raz ziemniaki z grzybami w piekarniku. Na deser zawsze ciasto albo ciasteczka. Jarosław nie szczędził komplementów:
– Zlato, jesteś po prostu idealną kobietą. Bez ciebie ja i Artur jedlibyśmy tylko kupne parówki i mrożoną pizzę. Jestem pod wrażeniem twoich talentów. Miałem szczęście, że trafiłem do twojego działu i zdobyłem twoje serce.
Artur natomiast mówił tylko suche „dziękuję” i szybko znikał w swoim pokoju. Nic dziwnego – nastolatkowi trudno słuchać, jak ojciec chwali inną kobietę.
Kilka tygodni później Artur zaczął wcześniej wracać do domu. I nagle pojawiły się problemy z jedzeniem. Mięso okazywało się przesolone, dodatki kwaśne, a ciasto nie chciało rosnąć. Nawet proste puree z kotletami nie wychodziło. Totalna porażka w kuchni!
Przyczyna wyszła na jaw przypadkiem. Zostawiłam mięso w garnku, a sama wyszłam odebrać telefon. Wracając szybko na kuchnię, zobaczyłam coś szokującego. Mój pasierb stał nad garnkiem i sypał tam sól oraz przyprawy, które zdążył dorwać.
– Co to ma znaczyć? – zapytałam.
Nastolatek spojrzał na mnie gniewnie i bez cienia skruchy odpowiedział:
– A po co tata ma się dać złapać na twoje gotowanie? Teraz zrozumie, jaka z ciebie niezdara, i cię wyrzuci. Dobrze nam było razem. Ty tu jesteś zbędna!
Nieudaną kolację musiałam wyrzucić. Wieczorem odbyłam poważną rozmowę z Jarosławem. Musiał podjąć decyzję, jak poradzić sobie z zachowaniem syna. Dziecko wyraźnie cierpi, a ja jestem tego przyczyną.
Lepiej wrócę do swojego mieszkania, niż będę powodem konfliktu między ojcem a synem. Chciałabym zaznać szczęścia w związku, ale walka z nastolatkiem o uwagę Jarosława nie jest tym, na co mam siłę i ochotę.
