Spotkanie mojej żony z byłym kolegą ze szkoły przekreśliło 28 lat naszego małżeństwa

Przez te wszystkie lata tak bardzo kochałem swoją żonę, że nie dostrzegałem rzeczy, które były wręcz oczywiste.

W tym roku, przed Wielkanocą, nasza córka z mężem i dziećmi wyjechali na wakacje do Egiptu, zostawiając nam swojego psa. Po świętach moja żona spakowała się i powiedziała, że chce pojechać w odwiedziny do swojej siostry. Nie miałem nic przeciwko, bo wiedziałem, że mają ze sobą dobre relacje. Wieczorem zadzwoniła i oznajmiła, że zostanie u siostry jeszcze dwa dni.

Po jej powrocie coś się zmieniło. Chodziła ze spuszczoną głową i milczała.
— Czy coś się stało? – zapytałem pewnego dnia podczas kolacji.
— Tak… Stało się. Przepraszam, ale już tak nie mogę. Lepiej będzie, jeśli się rozwiedziemy.

Przez chwilę myślałem, że to jakiś koszmar albo kiepski żart z jej strony. W końcu spędziliśmy razem 28 lat. Kiedy następnego dnia zaczęła pakować swoje rzeczy, nie mogłem w to uwierzyć.

Okazało się, że kilka miesięcy wcześniej była w mieście i spotkała swojego byłego kolegę ze szkoły, który wrócił z zagranicy. Zaprosił ją na kawę, i od tego się zaczęło. Oczywiście w naszym małżeństwie nie wszystko było idealne, tak jak u wielu innych par, ale zawsze myślałem, że się kochamy. Kolega opowiadał jej, że ma samochód i własny biznes za granicą. My nie żyliśmy biednie, ale też nie w luksusach. Moja żona zwierzyła mu się, że całe życie spędzała na pracy i domu, nigdy nie była nawet na wakacjach. On musiał ją dobrze oczarować swoimi opowieściami, bo po miesiącu znajomości była gotowa opuścić rodzinę, której poświęciła tyle lat życia. Nie mogła dłużej ukrywać prawdy i wyznała mi wszystko, po czym odeszła do niego.

Miesiąc później zadzwoniła, mówiąc, że składa pozew o rozwód. Mimo wszystko miałem nadzieję, że “nawędruje się” i wróci do domu…

A potem dostałem wezwanie do sądu. Osoba, którą uważałem za najbliższą przez całe życie, obrzuciła mnie falą kłamstw i oszczerstw. Przez te wszystkie lata nie powiedziałem jej złego słowa, zawsze przynosiłem pieniądze do domu, pomagałem jej.

Naprawdę trudno mi pogodzić się z tą sytuacją. Czy można w jednej chwili wymazać tyle wspólnych lat, a potem, jakby nic się nie stało, zacząć nowe życie z kimś innym?

Wspierałem ją w najtrudniejszych chwilach, gdy wszyscy się od niej odwracali, wierzyłem w nią do końca. I co mi teraz zostało…

Dom stał się pusty, wszystko mnie przytłacza i nie pozwala normalnie żyć. Gdyby tamten człowiek jej nie spotkał, może wciąż bylibyśmy razem. Jak wy byście postąpili na moim miejscu?