Synowa namawia mojego syna, żeby wziął kredyt na kawalerkę. A mnie ich po prostu żal. Tłumaczę dzieciom, że z mężem mamy duży dom, jesteśmy już w podeszłym wieku i potrzebujemy pomocy. Proponuję, żeby zamieszkali z nami — przecież dom i tak po nas przypadnie synowi, więc po co przez długie lata spłacać kredyt. Ale Walentyna jest przekonana, że tak będzie lepiej dla wszystkich i bardzo chce żyć „na swoim”, całkowicie samodzielnie

Szczerze mówiąc, zupełnie nie rozumiem decyzji żony mojego jedynego syna, która uznała, że zadłużanie się na małe mieszkanie to świetny pomysł. Od samego początku próbowałam spokojnie wyjaśnić, że nasz dom jest duży i miejsca wystarczy dla wszystkich. Mówiłam Rusłanowi i Walentynie, że nie będziemy im przeszkadzać, że każdy może mieć swoją przestrzeń. Jednak synowa ani myśli zgodzić się na wspólne mieszkanie — uparła się na własne lokum na kredyt, w imię niezależności.

Tylko po co? Przecież kiedy nas zabraknie, syn odziedziczy dom. Nie widzę sensu, by przez wiele lat spłacali dług i oddawali bankowi ogromne odsetki. To przecież nieracjonalne wydatki, które niczego nie budują, a jedynie obciążają życie.

Moje rozmowy z Rusłanem nic nie dały, bo on zwyczajnie nie potrafi wpłynąć na żonę. Jej charakter jest znacznie silniejszy. Cokolwiek by mówił, ona w tej sprawie nie chce go słuchać. Nie mam do niego pretensji — zawsze był spokojny, łagodny, nienarzucający się innym. W wielu sytuacjach to zaleta, ale akurat tutaj nikomu to nie pomaga.

Przyszło mi nawet do głowy, by porozmawiać z jej rodzicami, lecz Walentyna jest sierotą i zwyczajnie nie ma z kim rozmawiać. Być może właśnie to tłumaczy jej zachowanie i silną potrzebę niezależności. Tylko czy ta samodzielność naprawdę jest warta wieloletniego kredytu i ciągłych wyrzeczeń?

Jej główny argument to nie tylko przyzwyczajenie do niezależnego życia. Martwi ją również to, że mogliby nam z mężem przeszkadzać. Uważa, że młodzi nie powinni obarczać starszych swoimi problemami. Rozumiem ten tok myślenia, ale czy rodzina nie jest po to, by się wspierać? Mnie wychowano w przekonaniu, że każdy w rodzinie — na ile może — pomaga innym. I skoro chce być żoną mojego syna, uważam za naturalne, by znała i rozumiała nasze rodzinne wartości.

Mimo wszystko z mężem nie robiliśmy awantur ani nie podważaliśmy ich decyzji. Są młodzi i mają prawo popełniać błędy. To ich życie i nie możemy układać go pod siebie. Skoro chcą wziąć kredyt i przez jakiś czas żyć w imię samodzielności — niech tak będzie. Po prostu wiem, że jeszcze nieraz tego pożałują. Tylko wtedy może być już za późno, bo dług pozostanie.