Teściowa co roku 31 grudnia przygotowuje potrawę, której nikt nie je podczas sylwestrowej kolacji

Jest jedna noworoczna potrawa, która wciąż zaskakuje wszystkich, którym o niej opowiadam. Przygotowuje się ją 31 grudnia, ale nikt jej nie je podczas świętowania Nowego Roku. Co więcej, nie opuszcza kuchni aż do następnego poranka.

31 grudnia teściowa idzie na targ, gdzie kupuje żywe karpie, zwykle ważące nie więcej niż jeden–dwa kilogramy, ponieważ większe nie mieszczą się do piekarnika. Liczba karpi zależy od liczby osób, które będą obecne przy sylwestrowym stole.

Następnie teściowa myje i czyści rybę z łusek, których jednak nie wyrzuca. Chociaż nie jest osobą przesądną, tę tradycję, przypominającą bardziej rytuał, kultywuje każdego roku.

Według wierzeń łuski ryby przechowywane w domu mają zapewnić rodzinie materialną stabilność przez cały rok. Nie wiem dokładnie, od jak dawna ta tradycja jest praktykowana w rodzinie mojego męża, ale na pewno już od wielu lat.

Łuski z karpia teściowa wkłada do woreczka, a rybę układa na blasze, soli i pokrywa grubą warstwą śmietany. Nie używa żadnych innych przypraw.

Karpie trafiają do piekarnika, gdzie pieką się w temperaturze 160°C do momentu, aż będą gotowe. Po upieczeniu ryba nie jest wyjmowana z piekarnika, lecz pozostaje tam do następnego ranka. Gdy wszyscy stopniowo zbierają się na śniadanie w Nowy Rok, zazwyczaj koło południa, teściowa podaje każdemu jednego karpia w zimnej postaci. Tradycja nakazuje, że każdy musi zjeść swojego karpia, nawet jeśli zajmie to kilka dni.

Łuski w woreczku są przechowywane przez cały rok i wymieniane 31 grudnia na nowe.

Ryba wychodzi niezwykle smaczna! Kiedy dowiedziałam się o tej tradycji, wydała mi się dziwna, ale później ją polubiłam. Sama łusek nie przechowuję i nie wierzę w przesądy, ale 1 stycznia z przyjemnością jem zimnego karpia zamiast niedojedzonych sałatek i dań z sylwestrowego stołu.