Teściowa długo naciskała na mojego męża, aż zdecydował się na kolejną awanturę. Teraz nie wiem, co robić

Dla osób pracujących za granicą problem relacji zawsze jest szczególnie odczuwalny. Co tu dużo mówić, nawet mężczyźni pracujący na zmianach mogą czasem oddalać się emocjonalnie od żony i dzieci. Tutaj jesteś, powiedzmy, całkowicie skupiony na swoich obowiązkach zawodowych, a rodzina w innym mieście. Co tam robią, jak im się wiedzie, czy wszystko w porządku ze zdrowiem? Przez telefon można się tego dowiedzieć, ale pewne kwestie zawsze pozostaną poza zasięgiem. Niestety, to surowa prawda życia.

Dlatego nie ma nic dziwnego w tym, że pary pracujące w różnych krajach, osobno, często składają pozew o rozwód. Nie powstrzymuje ich nawet posiadanie dzieci i wspólnej własności. Nikt nie jest zabezpieczony przed tym, że w pewnym momencie na horyzoncie pojawi się osoba, z którą będzie łatwiej, lepiej i ciekawiej. Tak rozpadają się małżeństwa, byli zakochani stają się wrogami, a ich dzieci czują się pokrzywdzone. W pogoni za szczęściem bardzo łatwo jest się zagubić i zdradzić własne zasady.

W ostatnim czasie, a właściwie w ostatnich latach, zauważyłam, że w Internecie nie ma już biednych ludzi. Kiedyś, gdy media społecznościowe dopiero wchodziły na rynek, ludzie komunikowali się, opowiadali wprost o swoim życiu, jak jest. I ogólnie można było im wierzyć. Ja na przykład nigdy nie ukrywałam, że mieszkam w bloku z wielkiej płyty. A jakże inaczej, w naszej dzielnicy jest ich pełno i jestem pewna, że są zapełnione po brzegi. Czy ich mieszkańcy nie korzystają z mediów społecznościowych?

Teraz jednak czasy się zmieniły. Każda kobieta w moim wieku koniecznie mieszka w willi za miastem, a jej dzieci chodzą do prywatnej szkoły. „Z mężem oczywiście problemy. Ale wszystkiego osiągnęłam sama”. I tak co druga, zapewniam was. Albo jakość życia tak wzrosła w naszym kraju, albo dzieją się jakieś cuda i w komentarzach trafiam na te same dziedziczne księżniczki i sułtanki.

U mnie sytuacja jest inna. Zwykła rodzina, dwoje dzieci, mąż. Mieszkamy w dwupokojowym mieszkaniu, dobrze, że metraż nie jest standardowy i miejsca wystarcza. Ale to wciąż to samo mieszkanie, w którym przez ścianę słychać sąsiadów. Gdzie na podłodze jeszcze kilka lat temu leżały dywany (na szczęście remont już skończyliśmy). I w ogóle na klatce schodowej wciąż można znaleźć stare napisy, które mają już ponad 5, a nawet 10 lat. Tak, my wciąż istniejemy, biedni i ubodzy. Wybaczcie.

Chociaż wiem, jak wygląda porządne mieszkanie. Takie, jak u mojej teściowej. Ona rzeczywiście ma wspaniały, dwupiętrowy dom, który z mężem zbudowali sami. W środku nowy sprzęt, modny designerski wystrój i tylko naturalne materiały. Niestety, u matki mojego męża byłam tylko kilka razy przez całe 7 lat naszej znajomości. Ona sama trzyma się od nas z daleka i wydaje się, że kocha tylko siebie i swojego rasowego kota. Nawet do syna odnosi się dość chłodno. Przynajmniej ja to tak widzę.

Skąd ich rodzina wzięła pieniądze na taki wspaniały dom? Chodzi o to, że teściowa pracuje jako tłumaczka. I to nie u byle kogo, ale u bardzo wpływowego Turka. Dlatego w ojczyźnie pojawia się dość rzadko. Więcej czasu spędza za granicą, w pracy. Za to wysyła mężowi pieniądze, prezenty i często dzwoni. Mam na myśli nie mojego męża, ale teścia. Do syna, jak już mówiłam, ma szczególny stosunek. Chce, żeby był prawdziwym mężczyzną. Więc żadnej matczynej czułości, tak.

Kilka lat temu, gdy teść zachorował, moja teściowa zaproponowała nam, byśmy zamieszkali u niej w domu, póki jej nie będzie w kraju. Świetna okazja, by wyprowadzić się z nieznośnego bloku i choć na chwilę poczuć się tymi samymi „ludźmi z Internetu”. Ale odmówiłam. Dlaczego? To oczywiste. Przecież nie z dobrej woli złożyła taką propozycję, a po prostu szukała darmowej opiekunki dla swojego męża. Syn do tego raczej się nie nadaje. A synowa, czyli ja — idealnie.

Kto chciałby całodobowo opiekować się chorym człowiekiem, żeby móc przez jakiś czas pomieszkać w dobrych warunkach? Za jedzenie byłoby korzystniej, słowo daję. Oczywiście obiecałam się zastanowić, chciałam załagodzić tę kwestię jak najłatwiej i najdelikatniej. Nie udało się. Teściowa zaczęła ciągle wydzwaniać, przekonywać swojego syna, że musi pomóc ojcu, a przy okazji ja z nim i dziećmi mogłabym się przeprowadzić. Ogólnie, taki zwykły sprytny sposób, który zauważy każda rozsądna kobieta.

Oczywiście przedstawiłam mężowi swój punkt widzenia. Wyjaśniłam, czego tak naprawdę chce od niego i ode mnie jego matka. I nawet się ze mną zgodził. A jednak nacisk był zbyt duży. Więc zaczął przychodzić do ojca osobiście i w miarę swoich sił gotował mu, prał i robił takie rzeczy. Pewnie już stanęliście po jego stronie, przecież to ojciec. Jak syn może nie odwiedzać własnego ojca? A ja z kolei zadam inne pytanie. Dlaczego nie zatrudnili prawdziwej opiekunki, przecież pieniądze mają? Dlaczego oszczędzać kosztem pracy własnego dziecka?

Od tamtej pory, rzecz jasna, nasze relacje z teściową nie są ciepłe. Nie kłócimy się, ale nazwać nas przyjaciółkami język się nie wykręci. Co mnie osobiście całkowicie odpowiada. Mąż kiedyś chciał nas pogodzić, naiwny. Ale nic mu z tego nie wyszło. No cóż, bywa. Niektóre rodziny żyją, niemalże wrogo nastawione do krewnych ze strony małżonka. Ja się tego nie boję i nigdy nie bałam, damy radę.

Ale od niedawna pojawiła się u nas jedna nieoczywista „trudność”. Jak już mówiłam, żyjemy dość skromnie, ale nie biednie. Zawsze jest co postawić na stół, a dzieci chodzą obute, ubrane. Jakie problemy? Ale mąż, nasłuchawszy się matki, zdecydował, że żyjemy zupełnie źle i trzeba to pilnie naprawić. A skoro ja jestem gospodynią domową, czyli leniwą kobietą, która nawet do pracy nie chodzi, to on musi wziąć sprawy w swoje ręce i zacząć robić coś godnego. Na przykład wyjechać za granicę, do pracy. Mamusia pomoże, oczywiście.

I oto co chcę powiedzieć. Nie jestem z tych kobiet, które suszą głowę swoim mężom i gonią ich do pracy. Spokojnie podchodzę do wszystkich hobby męża, do tego, że może wrócić z pracy zmęczony i leżeć na kanapie. Przecież nie jest niewolnikiem, robotem ani pracownikiem najemnym. Jemu też potrzebny jest odpoczynek, prawda? Więc wyjaśnijcie mi, po co on sam chce wyjechać nie wiadomo gdzie i na jak długo, po co? Nasze dzieci są przyzwyczajone do warunków mieszkaniowych, a ja tym bardziej. Dlaczego słuchać matki i rozbijać rodzinę, choćby tymczasowo.

Długo słuchałam jego argumentów i jest dla mnie całkowicie jasne, że to nawet nie jego słowa. To to, co moja teściowa włożyła do głowy swojego syna. I mnie to wszystko nie odpowiada. Okazuje się, że jestem jedyną żoną, która trzyma męża w domu, żeby był tu, z nami. A jego mamusia chce czegoś zupełnie innego. Osądźcie proszę, kto z nas ma rację, a kto jest winny? Już czuję, jak rozpada się nasze małżeństwo — i to wszystko przez głupie kaprysy jednej drobiazgowej kobiety!