Teściowa w dość dojrzałym wieku wyszła za mąż. I nagle przestała interesować się naszym życiem – wreszcie zajęła się własnym. Nawet zabrała od mojego męża klucz do swojego mieszkania, żeby jej nie odwiedzał bez zapowiedzi. Ja byłam zachwycona. A mój mąż… wręcz przeciwnie
— Tego się po mamie nie spodziewałem — zaczął od progu. — Powiedziała, żebym jej oddał klucz od mieszkania!
— I dobrze. A czego się spodziewałeś? Oni są teraz rodziną. Przecież im przeszkadzasz. Chciałbyś, żeby ktoś wchodził do nas kiedy mu się podoba? Pamiętasz, jak twoja mama wpadała do nas o każdej porze dnia i nocy?
— To co innego! To mój dom! Ja tam dorastałem! A teraz mam pytać o pozwolenie? Ten cały „tatuś” powiedział mi, że żeby wejść do mieszkania mamy muszę prosić o zgodę!
— Zaraz powiesz, że po ślubie twoja mama wciąż jest przede wszystkim mamą, a dopiero później żoną — ledwo powstrzymywałam śmiech.
— I powiem! — obruszył się.
Nieładnie się z męża śmiać, wiem. Ale on naprawdę robi dramę z niczego.
Teściowa wyszła za mąż parę miesięcy temu. Swój błyskawiczny romans skomentowała krótko:
— Nie jestem już dziewczynką, żeby chodzić za rączkę latami. I młodsza też nie będę. Po co zwlekać?
Była szczęśliwa. Odpuściła mnie, odpuściła swoją córkę, przestała nas kontrolować, wreszcie miała swoje życie. I dopiero kiedy pani Marina w USC powiedziała „tak”, wszyscy odetchnęli z ulgą. Wszyscy — oprócz mojego męża.
Przez ostatnie trzy lata Anton przywykł, że mama smażyła mu kotleciki, gotowała zupki i przywoziła mu jedzenie. Ja też gotowałam, ale on i tak preferował „u mamy lepsze”.
Milion razy prosiłam, żeby zabrał od niej klucze.
— Tak, tak, zabiorę. Później. Bo może się przydadzą. A jak trzeba będzie Olesia z przedszkola odebrać, jak gdzieś pójdziemy? — karmił mnie obietnicami.
„Jak gdzieś pójdziemy”… Od kiedy wróciła do miasta, wychodziliśmy tylko wtedy we troje. Kino? We troje. Teściowa siedziała pod pachę z synkiem i wcinała popcorn z jego kubka.
Romantyczna kolacja? Z mamą. Spacer nad Wisłą? Z mamą. Teatr? Oczywiście z mamą.
— Bo ona się nudzi! — tłumaczył Anton. — Siedzi sama wieczorami!
Kiedy pojawił się adorator i teściowa pierwszy raz nie przywiozła „obiadku dla chłopczyka”, skakałam z radości. Zawsze wiedziałam, że ta cała „troska” była po prostu z braku zajęcia. Znalazło się zajęcie — mąż, randki, życie — i koniec troski.
Ja szczęśliwa. Szwagierka zachwycona. A mój mąż jakby pokrzywę zjadł — kursował do mamy po sto razy dziennie. Tego nowego męża mamy oczywiście nie zaakceptował.
— Anton, mam gdzieś, co o nim myślisz. To moje życie i mój wybór! — powiedziała teściowa i wystawiła go za drzwi.
Kiedy ja i Anton się poznaliśmy, jego mama mieszkała w innym mieście z „nowym” (teraz już „starym”) mężem. Swoje mieszkanie zostawiła dzieciom. Na nasz ślub nawet nie przyjechała. A po dziesięciu latach wróciła i nagle zaczęła grać troskliwą matkę: syn „źle wybrał”, córka „nie za tego wyszła”…
Pani Marina wyjechała, kiedy Anton miał 19 lat, a jego siostra 17. Dobra — Anton był pełnoletni. Ale zostawić nastolatkę dla faceta?
Anton był zachwycony powrotem mamy. A moje niezadowolenie ignorował.
Odebrać mu klucz, żeby nie łaził bez zapowiedzi — bardzo dobra decyzja. Tam jest rodzina. Mąż i żona. Osoba dorosła nie ma prawa wchodzić w cudze życie tylko dlatego, że kiedyś tam mieszkała. Tak samo jak matka nie ma prawa urządzać życia swojemu dorosłemu dziecku. Życie osobiste ma w nazwie „osobiste” z jakiegoś powodu.
Anton niby się uspokoił. Przestał latać po mieszkaniu i krzyczeć. Usiadł. I zaczął się ubierać.
— Gdzie idziesz?
— Do siostry. Ona ma klucz do mieszkania mamy. Zrobię sobie duplikat. Tak łatwo się mnie nie pozbędą.
Pojechał. A ja siedzę i myślę.
Mówią: „jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”. Teściowa tak się troszczyła o Antona, tak się nad nim roztkliwiała. Teraz jej kolej dostać tę samą „troskę” zwrotnie.
Niech sobie radzą. Dla mnie ta rodzinka i tak od dawna wygląda dość… dziwnie.
