Tonia od dawna już nie kocha swojego męża, ale o rozwodzie nawet nie chce myśleć — bo zostałaby sama z trójką dzieci. Gdy dzieci przyszły na świat, wzięła na siebie nie tylko domowe obowiązki, ale dosłownie wszystko: dokręcała kontakty, wieszała żyrandole, naprawiała krany, rozwiązywała problemy najlepiej jak potrafiła. Swojego Ivana niczym nie obciążała. W domu miał tylko jedno zadanie — odpoczywać po pracy. Minęło siedemnaście lat i pewnego dnia Antonina natknęła się na dziwną korespondencję męża w internecie
— Nie wiem, czy Ivan przechodzi jakiś kryzys — opowiada 43-letnia Tonia. — Od Nowego Roku jest zupełnie inny. Wszystko mu nie pasuje, chodzi ponury jak burza. Ostatnio powiedział mi coś takiego: „Czuję, że jestem wam potrzebny tylko ze względu na pieniądze”. Ledwo się powstrzymałam, żeby nie odpowiedzieć: no oczywiście, że przez pieniądze — nie przez twoją urodę przecież! Mamy trójkę dzieci. Kto je ma postawić na nogi, jeśli nie my?
Siedemnaście lat temu Tonia wychodziła za Ivana z wielkiej miłości. Zresztą nie tylko z miłości — już kilka miesięcy po ślubie urodziło im się pierwsze dziecko.
Ivan, czując odpowiedzialność, brał dodatkowe prace i starał się utrzymać rodzinę. Tonia stworzyła mu do tego idealne warunki — całkowicie przejęła opiekę nad dzieckiem i domem.
— Nie tylko gotowałam, sprzątałam i wstawałam w nocy do dziecka — mówi. — Sama robiłam drobne naprawy, wieszałam lampy, reperowałam krany. Ivana w ogóle nie angażowałam w sprawy domowe. Po pracy miał tylko odpoczywać.
Z czasem rodzice, oddając dosłownie wszystko, pomogli im kupić mieszkanie. Życie stało się łatwiejsze. Ivan przestał dorabiać, ale pracował od rana do nocy w jednym miejscu. Wychodził wcześnie, wracał późno.
Potem urodziła się córka, a niemal zaraz po niej — kolejny syn. Gdy dzieci były małe, Tonia żyła wyłącznie nimi: żłobki, przedszkola, szkoła, zajęcia dodatkowe, place zabaw, przychodnie.
— Chyba sama jestem winna temu, że mąż teraz czuje się w rodzinie niepotrzebny — wzdycha. — Od początku wszystko brałam na siebie. W weekendy zabierałam dzieci i wychodziłam z domu, żeby mógł się wyspać. Wieczorami uciszałam dzieci: „Tata zmęczony, nie przeszkadzajcie”. Do kina, na spacery, na szkolne uroczystości — zawsze chodziłam sama, nawet w wolne dni.
Dziś dzieci mają 17, 12 i 11 lat i praktycznie nie mają relacji z ojcem. On sam nie wie, o czym z nimi rozmawiać, co zapytać, jak spędzić wspólnie czas. Są sobie zupełnie obcy.
Kilka lat temu Tonia wróciła do pracy, ale zarabia niewiele. Nadal wszystko jest na jej głowie: zakupy, gotowanie, szkoła, pranie, sprzątanie i drobne naprawy. Ivan w domu nie robi nic. Wraca z pracy, zje obiad i siada przed komputerem.
— Pisze tam, że w rodzinie nikt go nie kocha — mówi z goryczą. — Sama to widziałam. Twierdzi, że jest tylko „portfelem na nogach”.
Uczuć do Ivana Tonia od dawna już nie ma, ale o rozwodzie nawet nie chce słyszeć. Niech najpierw pomoże wychować dzieci, a potem może iść, gdzie chce. Alimenty niczego nie rozwiążą. Na najstarszego syna i tak niedługo przestanie płacić, a prawdziwe wydatki dopiero się zaczynają — studia, przyszłość.
Za chwilę dojdą młodsi. Mimo niewielkiej różnicy wieku uczą się w tej samej klasie. To oznacza podwójne koszty studiów. Na to wszystko trzeba zacząć odkładać już teraz.
Tonia nie wie, czy to ona sama zrobiła z męża „tylko portfel”, czy może on sam taki się stał.
