U mojego męża po prostu nieznośny charakter, próbowałam znaleźć kompromis, ale wydaje się, że już wyczerpałam wszystkie możliwości

Poza fizycznymi różnicami, mężczyźni i kobiety mają także różnice społeczne i psychologiczne. Na przykład mężczyźni są zazwyczaj bardziej milczący, choć zdarzają się wyjątki. Kobiety zaś mają bardziej rozwiniętą inteligencję emocjonalną. Ale jednocześnie często nudzi je praca nad jednym i tym samym problemem, bez żadnych rozproszeń. Jesteśmy różni i ma to swoje mocne i słabe strony. Tak czy inaczej, natura zdecydowała, że będzie właśnie tak.

Mówią, że przeciwieństwa się przyciągają. Głośnym jest wygodnie z cichymi. Silnym odpowiada delikatna druga połowa. Można podać jeszcze milion przykładów, ale to będzie tylko statystyka, której, jak wiadomo, nie można przekładać na prawdziwe życie. Niemniej jednak wiele par często kłóci się z powodu niezrozumienia ze strony swoich partnerów. Kiedyś wszystko im pasowało, ale z czasem zaczynają wątpić w swoje preferencje dotyczące charakteru ukochanej osoby. Co robić w takim przypadku? Czy naprawdę pomoże tylko rozwód?

Dzień dobry. Przywykłam dzielić się swoimi problemami z innymi ludźmi i nie widzę w tym nic wstydliwego. Jak to mówią, co dwie głowy, to nie jedna. Co złego w tym, żeby omówić z mądrą osobą jakieś trudności w życiu? Być może sama po prostu nie dostrzegam pewnych szczegółów, a dzięki cudzym doświadczeniom zaoszczędzę sobie mnóstwo czasu i nerwów. Do niedawna tak właśnie było. Ale teraz mam w życiu naprawdę poważny problem, z którym nie pomógł mi psycholog, a i przyjaciele nie wiedzą, co poradzić. Może rozwiązanie znajdzie się w sieci? Zobaczymy…

Otóż mój problem dotyczy osobistych kwestii między mną a moim mężem. W sumie wydaje mi się, że całkowicie go rozszyfrowałam. I nie widzę w nim już żadnych tajemnic, więc zupełnie nie interesuje mnie przebywanie obok niego. Rozumiem, że to brzmi niedojrzale. W końcu oboje jesteśmy dorosłymi ludźmi i nikt nikogo w naszym związku nie ma obowiązku zabawiać. Tak, wiem. Ale czy kiedykolwiek zastanawialiście się, co trzyma dwoje partnerów razem, co ich spaja poza miłością? W końcu miłością teraz zwykło się nazywać cokolwiek. Ale czy nie powinna być jakaś inna intryga? Charyzma, wygląd zewnętrzny, zapach, choćby tembr głosu?

Swojego męża, Aleksandra, zawsze postrzegałam jako inteligentnego i perspektywicznego. Ukończył techniczną uczelnię, zna bardzo dużo różnych rzeczy dotyczących języków programowania. Potrafi naprawiać sprzęt — to jego żywioł. Ale zasadniczo jest bardzo skryty, cichy i małomówny. Krąg jego zainteresowań jest bardzo, nawet zbyt wąski. Naprawdę. Pytałam, i Aleksander przyznał mi się, że przez całe swoje życie przeczytał tylko dwie książki beletrystyczne! Dwie! Reszta to różne poradniki, instrukcje i podręczniki. Jak w ogóle można tak żyć?

Wcześniej, kiedy dopiero się spotykaliśmy, ta jego oszczędność w słowach i staranne dobieranie określeń bardzo mi się podobały. Czuło się, że człowiek mnie słucha i chce jak najjaśniej wyjaśnić swoje stanowisko. To nazywa się lakonicznością. Brzmi fajnie, jak coś z powieści detektywistycznych, gdzie główny bohater mówi tylko jedno, ale zapadające w pamięć, kultowe zdanie na samym końcu. Zanim zastrzeli głównego złoczyńcę. A w rzeczywistości…

Dorośli ludzie zrozumieją — w życiu rodzinnym samą bliskością się nie najesz. Kobieta powinna umieć gotować, dbać o siebie, współczuć. No to ze strony męża też powinna być jakaś cecha, żeby chciało się z nim przebywać w jednym pokoju. W moim przypadku to po prostu katastrofa. Osądźcie sami: siedzę w domu i tworzę przytulność. On pracuje i wraca do domu po piątej wieczorem. W ciągu dnia mogę zadzwonić do Aleksandra i poprosić go, żeby kupił pewne produkty w sklepie. Na to poświęcimy trzy minuty. Wieczorem, kiedy jest w domu, nasza komunikacja może sprowadzić się tylko do dwóch rutynowych zdań i tyle. Żadnych więcej dialogów. Jak w lochu.

Próbowałam dostosować się do jego zainteresowań. Wypytywałam o pewne podstawowe aspekty jego zawodu. Ale w rezultacie albo wszystko było zbyt skomplikowane, albo cierpliwość męża się kończyła i zaczynał głośno wzdychać — pewny znak stresu u Aleksandra. W takich momentach lepiej zostawić go w spokoju. Nie krzyczy, nie myślcie sobie. Ale jego policzki zaczynają purpurowieć, a oczy przewracają się aż do samego sufitu. Strasznie go widzieć w takich chwilach. Bóg jeden wie, jeszcze dostanie zawału. I nieważne, że mamy po 29 lat. Nie zamierzam zostawać wdową.

Przyjaciółki poradziły mi następująco: jeśli nie mogę zrozumieć jego zainteresowań, niech on zrozumie moje. A co, czemu nie? Złożyłam Aleksandrowi taką propozycję i w końcu się zgodził. Uprzedzając fakty, powiem, że to też było doświadczenie… Nie spróbujesz — nie dowiesz się, powiedzmy tak. Chociaż w niektórych momentach, widocznie, i ja przesadzałam. Ale gdyby ktoś inny był na moim miejscu, też chciałby osiągnąć rezultaty, bądźcie pewni. I nie osądzajcie osoby, która chce uratować swoje małżeństwo.

Pierwsze w programie mieliśmy aerostretching. To kiedy wisz na taśmach przymocowanych do sufitu i wykonujesz różnego rodzaju ćwiczenia, wzmacniające twoje mięśnie i ścięgna. A z wizualnego punktu widzenia jest to bardzo piękne. Pokazałam mężowi kilka podstawowych ćwiczeń, których niestety nawet nie mógł powtórzyć. Zamiast tego wiele razy upadał, sapał i przeklinał. A rano nawet nie poszedł do pracy — zakwasy go pokonały. Nie wątpicie, tego dnia aktywnie wyrażał mi swoje emocje; szkoda, że ich ogólne nastawienie było zbyt negatywne. Ale trzeba było pracować dalej.

Wspólne gotowanie też nie przyniosło efektów. Na początku wydawało mi się, że Aleksandra naprawdę zainteresowała kulinaria. Ale potem zaczęłam zauważać u niego typową męską „chorobę”. Czy to z nadmiaru uczuć, czy po prostu dlatego, że dla Aleksandra czas ciągnął się zbyt długo, zaczął dodawać składniki według własnego uznania. A mianowicie wrzucać wszystko po kolei, byle danie uznać za gotowe. Potem opowiedział mi, że bycie kucharzem to jego dziecięcy strach, ponieważ tych wszystkich drobnych ruchów po prostu nie rozumie. Jak rozebrać i złożyć komputer — to wie. A tu ma trudności.

Potem chodziliśmy na karaoke, próbowaliśmy coś rysować w domu. Nawet pozowałam jako modelka, a potem powstrzymywałam łzy, widząc efekt pracy męża. Chodziliśmy do profesjonalnego terapeuty rodzinnego, który rozpływał się w banałach i wziął za to bardzo wysoką cenę. Nic nie pomogło. Aleksander milczał, sapał, denerwował się i pocił. Ale, na ile zrozumiałam, nic nas z nim nie łączy — jesteśmy zupełnie różnymi ludźmi. Jakby z innych, nawet nie planet, a galaktyk!

Może moja historia wyda wam się śmieszna, ale dla mnie jest dość smutna. Jestem jeszcze dość młodą kobietą i trudno mi uświadomić sobie fakt, że mój wybranek to zamknięty w sobie mężczyzna, któremu trudno pokazywać swoje uczucia. Jeśli w ogóle je ma. Chce się czegoś namiętnego, tajemniczego i fascynującego. A w rzeczywistości tylko rzadkie i często uszczypliwe uwagi, banalne pytania o pogodę i plany na dzień. Sama konkretność. Kocham swojego męża, ale nie wiem, jak długo jeszcze będę mogła to wszystko znosić. A kiedy pojawi się dziecko, czy będę spędzać czas tylko z nim? Czy to w ogóle właściwe? Co to będzie za rodzina? Mam nadzieję, że do tego czasu nie zwariuję całkowicie. Kosmosie, daj mi siły, by zachować rozsądek! Inaczej zacznę rozmawiać z podwórkowymi kotami. A co mi jeszcze pozostaje?!