W pracy wszyscy mnie gratulowali. Wręczali prezenty. A ja płakałam. Wszyscy myśleli, że to łzy radości, ale się mylili. Moje dzieci nawet nie pamiętały, że dziś są moje urodziny
Pracuję w miejscowej szkole jako nauczycielka języka ukraińskiego. Mieszkam sama, moje dzieci już dawno dorosły i mają własne rodziny. Niestety, nie odwiedzają mnie tak często, jak bym chciała. Dlatego te dni oczekuję z niecierpliwością i szczególnym matczynym wzruszeniem.
W naszej szkole od wielu lat jest tradycja, że jubilata w dniu urodzin wita się na scenie. On lub ona siedzi w centrum i przyjmuje szczere życzenia i prezenty.
Z wielką niecierpliwością czekałam na ten dzień. W swoich marzeniach wyobrażałam sobie, jak siedzę na scenie, a obok mnie stoją moi trzej synowie-przystojniacy. Którzy są dumni ze swojej mamy, widząc, jak jest szanowana i poważana w pracy.
Ale niestety, moje dzieci nie mogły przyjechać. Żaden z synów nie przyszedł tego dnia do szkoły. Życzenia od kolegów i uczniów słuchałam sama. Chciało mi się płakać, ale z uśmiechem na twarzy usprawiedliwiałam ich nieobecność. Jednak wszyscy obecni niczego nie podejrzewali, myśleli, że to łzy radości.
Potem częstowałam wszystkich tortem, który piekłam całą noc. Po kryjomu, połykając łzy razem z tortem i cukierkami, udawałam szczęśliwą.
Do domu odprowadzili mnie sąsiedzi-koledzy, uczniowie nieśli bukiety. Kiedy weszłam do mieszkania i zostałam sama, już nie powstrzymywałam łez, które strumieniami płynęły z moich oczu. Nie mogłam zrozumieć ani znaleźć usprawiedliwienia dla moich dzieci. Czy naprawdę tak wiele chcę?
Nakapałam sobie waleriany i położyłam się spać. Trochę mnie uspokoiła i po intensywnym dniu oraz nieprzespanej nocy mocno zasnęłam.
Obudziłam się od tego, że ktoś pukał w okno – pod nim stał mój najstarszy syn Wiktor z ogromnym bukietem i dużym pudełkiem. Gdy wszedł do domu, łez radości nie dało się powstrzymać. Okazało się, że był w stolicy, a z powodu złej pogody jego lot został opóźniony na czas nieokreślony, więc bardzo się spóźnił. Przytulał mnie, składał szczere życzenia i przepraszał, że nie zdążył do szkoły na moje święto.
Przywiózł duży tort. Dziś znów leci z powrotem, przyleciał specjalnie na mój jubileusz. Trzy godziny minęły jak chwila.
Niedługo potem, po obiedzie, przyjechał średni syn Stefan z żoną. Oczywiście, zakup samochodu to ważniejsze wydarzenie niż moje urodziny. W ich rodzinie o wszystkim decyduje żona – gdzie iść, kiedy iść. Syn bardzo mnie kocha i gdyby miał wczoraj wolny czas, na pewno by się pojawił. Mówią, że wnuczka jest do mnie bardzo podobna. Szkoda, że rzadko się widujemy. Wieczorem przyszedł najmłodszy, też miał ważny powód – jego syn miał zawody sportowe w regionie.
Cały dzień słuchałam szczerych życzeń i przyjmowałam prezenty od najbliższych mi osób. Po pięćdziesiątce nabyłam mądrości, by przyjmować wszystkich takimi, jacy są, z szczerą miłością, bez uraz i wyrzutów.
Każde z moich dzieci ma już od dawna swoje dorosłe życie. Tak szybko dorosły i stały się samodzielne, że nawet nie zdążyłam się obejrzeć. Każde z nich ma swoje rodziny, obowiązki i troski. Ale tego dnia dobrze zrozumiałam, że bardzo mnie kochają i nigdy nie zostawią mnie samej.
