W prezencie od mamy, Agnieszki, mój mąż, Marek, otrzymał samochód, ale mi jest surowo zabronione nim jeździć
Moja mama, Danuta, i teściowa, Agnieszka, nigdy się nie dogadywały, od samego początku ich spotkania. Kobiety były zupełnie różne. Teściowa, Agnieszka, była negatywnie nastawiona do mojej mamy, Danuty, i ojca, Wojciecha, ciągle powtarzając, że wychowali mnie tylko po to, aby wydać za mąż.
“Mój syn, Marek, ma mieszkanie dzięki mojej ciężkiej pracy, a co twoi rodzice ci dali, ładną buźkę? Do tego wciąż dbam o dobrobyt Marka, nawet myślę mu samochód podarować. A z twojej strony nawet porządnego prezentu ślubnego nie daliście.”
Szczerze mówiąc, nie spieszyliśmy się ze ślubem, ale naciskano na nas i zdecydowaliśmy się w końcu wziąć ślub. Nie chcieliśmy wydawać dużo pieniędzy. Zaprosiliśmy bliskich przyjaciół i rodzinę. W ogóle nie żałuję ślubu, ale można było się bez niego obejść.
Po ślubie przeprowadziliśmy się do mieszkania Marka. Jego rodzice, Agnieszka i Jan, zadbali o niego, miał własne lokum. Nie było sensu płacić komuś za wynajem. Jestem wdzięczna za to, że mam dach nad głową. Ale znoszenie ciągłych pretensji też jest nieprzyjemne. I oto co mi mówi teściowa, Agnieszka:
“Powinnaś być wdzięczna za taką szansę od losu, Marek ma wszystko, czego potrzebuje, nie to co ty.”
Moja mama, Danuta, została wdową i sama ciągnęła nas z młodszym bratem, Krzysztofem. To było bardzo trudne. Marek wszystko rozumiał i spierał się ze swoją mamą, Agnieszką, tłumacząc, że każdy ma różne sytuacje w życiu. Postawił mamę, Agnieszkę, na miejscu i wyjaśnił, że nie powinna mieć do mnie pretensji, i teraz przychodzi do nas tylko na zaproszenie, a nie kiedy ma na to ochotę.
“Synku, chcę ci zrobić prezent ślubny. Trochę się spóźniłam, ale lepiej późno niż wcale. Daję ci samochód.”
Samochód, mama Marka, Agnieszka, rzeczywiście podarowała, nowy, prosto z salonu.
Agnieszka nonszalancko położyła klucze na stole i przypomniała jeszcze raz, że prezent jest osobisty od niej. Marek wiedział, że też potrafię prowadzić, więc bardzo się ucieszył. I zaczęliśmy planować daleką podróż samochodem.
“Kobieta za kierownicą – to niebezpieczne. Nie chcę, żebyś ty prowadziła. Niech Marek sam cię wozi.”
Dowiedziałam się o ciąży, kiedy tylko złożyliśmy dokumenty małżeńskie. Dziecko było planowane, w końcu mam dwadzieścia osiem lat, a Marek jest dorosły, chcieliśmy mieć pełną rodzinę. Ale argumenty dotyczące mojej ciąży w związku z prowadzeniem samochodu nie zrozumiałam i nie doceniłam. Myślę, że nie ma w tym nic złego, można nawet z brzuchem siadać za kierownicą.
“Gdzie wy zniknęliście na cały weekend? Pewnie do matki twojej żony, Danuty, jeź
dziliście? Przecież samochód ci podarowałam, abyś częściej do mnie przyjeżdżał, a nie na wizyty jeździł.”
Moja mama, Danuta, i brat, Krzysztof, mieszkają w województwie i widujemy się z nimi nieczęsto. Chciałam pomóc mamie, a Marek też nie był przeciwny. Wcześniej dojeżdżaliśmy do nich transportem publicznym, a teraz wszystko było znacznie łatwiej. Wsiadaliśmy do samochodu i przyjeżdżaliśmy. Ale Agnieszce to bardzo nie odpowiadało. Chociaż wcześniej nie sprzeciwiała się, że jeździmy z pomocą.
A moja mama, Danuta, była szczęśliwa, że mamy teraz transport.
Z rodzinnego miasta przywiozłam ogromną ilość rzeczy dla dzieci, wszyscy krewni się zgromadzili i oddawali prawie nowe dobra. I po co wszystko kupować od nowa, jeśli są tacy życzliwi krewni? Ale Agnieszkę to nie satysfakcjonowało. Szczególnie ją zdenerwowało, gdy tuż przed moim porodem Marek pojechał pomagać mojej mamie, Danucie, kopać ziemniaki.
Gdy dowiedziała się, że pojechał do mojej mamy, Danuty, Agnieszka bardzo się zdenerwowała. Zaczęła krzyczeć przez telefon i zarzucać, że samochód był podarowany, aby Marek do niej jeździł, a nie do jakichś nieznanych cioci.
Musiałam odłożyć słuchawkę, już nie mogłam znosić jej moralizowania. Potem od razu pojechałam rodzić córkę i zapomniałam o tym konflikcie.
Pewnego razu potrzebowałam samochodu, aby zawieźć dziecko do szpitala. Marek pojechał autobusem do pracy, a mi zostawił auto.
Agnieszka się o tym dowiedziała i znów zrobiła awanturę, że zabiję własną córkę. Ewidetnie, nie ufa mi i nie chce, żebym prowadziła.
Między nami wybuchła straszna kłótnia. Krzyki, zarzuty. Tak się zmęczyłam tym wszystkim. Jak można dać coś i wymagać, byśmy korzystali z prezentu tak, jak ona chce.
Postanowiliśmy oddać jej ten prezent, aby nas zostawiła w spokoju. Później sami zarobiliśmy na samochód. Z Agnieszką pokłóciliśmy się i nie utrzymujemy kontaktu. Marek rozumie, że Agnieszka nie ma racji i też nie może z nią dogadać się. Agnieszka czasami dzwoni do niego i opowiada, że jesteśmy niewdzięcznymi dziećmi. Niech spojrzy na swoje zachowanie i sama jeździ tym samochodem.
