– W tym miesiącu sama zapłacisz za rachunki. Tak będzie sprawiedliwie – oznajmiła teściowa
Chciałabym opowiedzieć, jak chciwi i zachłanni potrafią być ludzie. Od dawna jestem już drugi raz mężatką, mamy z mężem dziecko, własne mieszkanie i ogólnie w naszym życiu wszystko układa się świetnie. Ale o moim pierwszym małżeństwie i o mojej pierwszej teściowej do dziś nie potrafię zapomnieć.
Często łapię się na myśli, jak dobrze, że wtedy znalazłam w sobie odwagę i szacunek do samej siebie, by spakować rzeczy i odejść. Z moim pierwszym mężem, Krzysztofem, poznaliśmy się na piątym roku studiów.
Nie wiem, dlaczego zwrócił na mnie uwagę. Niewiele ze sobą rozmawialiśmy w czasie studiów, ale tuż przed ich końcem nasze drogi się zeszły. Zawsze uważałam go za typowego bananowego chłopca i, prawdę mówiąc, tak było.
Schlebiało mi jego zainteresowanie. Nigdy wcześniej nie pomyślałabym, że mogłabym się spodobać takiemu chłopakowi. Było z nim zabawnie, chyba właśnie tym mnie ujął. Krzysztof nie szczędził pieniędzy na drogie prezenty i rozrywki, na które sama nigdy nie mogłabym sobie pozwolić. W przeciwieństwie do niego, pochodziłam z prostej, niezamożnej rodziny.
Po ślubie jego matka nalegała, żebyśmy zamieszkali z nimi.
– Mamy ogromny dom, zamieszkajcie z nami – powiedziała. Dom rzeczywiście był ogromny. Dla mnie zawsze wyglądał jak pałac. Jedynym, co zatruwało mi tam życie, były ciągłe przytyki i uszczypliwości teściowej.
Czuła się w obowiązku nieustannie podkreślać, że moja rodzina jest biedna i nie dorównuje im poziomem. Najbardziej lubiła wypominać, że moi rodzice na ślub podarowali nam jedynie pięć tysięcy złotych. Dla niej ta kwota była wręcz śmieszna jak na prezent dla jedynej córki, choć moi rodzice musieli wziąć kredyt, żeby w ogóle mogli mi cokolwiek dać. Starałam się nie kłócić, ale było mi bardzo przykro, że tak mówi o mojej rodzinie.
W tym domu teściowa dawała mi jasno do zrozumienia, że jest jedyną panią i władczynią. Lubiła też przedstawiać mnie w złym świetle. Kiedyś kazała mi przygotować owoce morza.
Nigdy w życiu nie jadłam takich rzeczy, nie mówiąc już o gotowaniu. Niektóre nazwy słyszałam pierwszy raz w życiu. Szukałam przepisów w internecie, ale i tak zepsułam danie, bo nie znałam wszystkich kulinarnych niuansów.
– No oczywiście, sama na takie produkty nigdy byś nie zarobiła, a jeszcze wszystko zepsułaś! – krzyczała. Każdego dnia znajdowała pretekst, żeby mi wytknąć, że nie dorównuję ich rodzinie.
Skarżyłam się mężowi, ale on tylko wzruszał ramionami i mówił, że przesadzam. Teściowa nie poprzestawała jednak na słownych przytykach. Potrafiła wypomnieć mi nawet kromkę chleba.
– Jesz więcej, niż sama potrafisz zarobić! – rzucała zamiast „smacznego”.
Punktem krytycznym był moment, kiedy kazała mi zapłacić za cały rachunek za media w ich wielkim domu.
Było lato. Teściowie wyjechali na trzy tygodnie nad morze, Krzysztof też planował służbowy wyjazd, a ja miałam zostać sama w domu. Szczerze mówiąc, wcale mnie to nie cieszyło, bo nie czułam się tam jak u siebie. Chciałam w tym czasie pojechać do rodziców, ale teściowa nalegała, żebym została i pilnowała domu.
– A kto podleje moje kwiaty? Kto zadba o ogród? Kto nakarmi kota? – lamentowała. Zostawiła mi całą listę obowiązków – pranie wszystkich firan i zasłon, podlewanie trawnika, dbanie o jej kwiaty i wiele innych rzeczy.
Miałam nadzieję, że po powrocie doceni mój wysiłek, ale zamiast tego zrobiła mi awanturę, że przez miesiąc napaliłam za cztery osoby.
– Sama za to wszystko zapłacisz, bo nas w domu nie było. To będzie sprawiedliwe – oświadczyła.
Wtedy coś we mnie pękło. Wyciągnęłam pieniądze z portfela i rzuciłam jej prosto w twarz. Zatkało ją i nie potrafiła nic powiedzieć. Spakowałam rzeczy i wróciłam do rodziców. Zadzwoniłam do Krzysztofa i postawiłam sprawę jasno:
– Albo wynajmujemy mieszkanie, albo się rozwodzimy. Nie zamierzam tego dłużej znosić.
Krzysztof próbował mnie przekonać, żebym przemyślała sprawę, ale byłam zdecydowana. Nie zamierzałam już wracać do „gniazda” teściowej.
W końcu się rozwiedliśmy. Myślę, że jego matka była wtedy w siódmym niebie. Teraz mogła szukać synowi bardziej „odpowiedniej” synowej.
Wyprowadziłam się od rodziców i wynajęłam mieszkanie. Początki były trudne, zarabiałam wtedy niewiele, ale później dostałam dobrą posadę i w końcu stanęłam finansowo na nogi.
W nowej pracy poznałam swojego obecnego męża. Teraz mamy wszystko, czego nam potrzeba. Nie żyjemy w luksusie, ale nam to wystarcza i na nic nam nie brakuje.
Ostatnio wspólna znajoma powiedziała mi, że Krzysztof szykuje się już do czwartego ślubu. Widocznie jego mama wciąż nie może znaleźć mu „godnej” kandydatki.
