W weekend specjalnie wyłączyłam telefon, żeby mąż nie mógł do mnie zadzwonić. Postanowiłam, niech sam sobie radzi. W niedzielny wieczór miałam od niego 34 nieodebrane połączenia. Od tego czasu mąż przestał mi mówić, że siedzę w domu i nic nie robię
– Może w czymś ci pomóc, kochanie? – zapytał mnie mąż.
– Nie, dziękuję. I tak byłeś dzisiaj cały dzień w pracy. Na pewno jesteś zmęczony.
– Ależ skąd. W porównaniu do twoich obowiązków, to w pracy tylko się obijałem. Serio, jeśli potrzebujesz pomocy, to śmiało. – nalegał. – Chcę pomóc mojej żonie.
– No dobrze, zaraz coś ci znajdę do zrobienia. – odpowiedziałam i zaczęłam się zastanawiać, czym go zająć.
Mamy zgraną rodzinę, troje małych dzieci, najstarsze w tym roku pójdzie do pierwszej klasy. Najmłodsze ma niespełna rok. Mąż, choć nie codziennie, to często proponuje swoją pomoc, chociaż widzę, jak bardzo jest zmęczony po pracy.
Nie zawsze jednak tak było. Do pewnego momentu mąż kompletnie nie rozumiał, jak to jest być matką i codziennie zajmować się dziećmi w domu. A oprócz tego dochodzi jeszcze setka innych pilnych spraw domowych.
Pierwsze dziecko pojawiło się u nas nieplanowanie (szczerze mówiąc, właśnie dlatego się pobraliśmy). Jednak teraz tworzymy zgraną i kochającą się rodzinę. Gdy dowiedzieliśmy się o ciąży, Wiktor oświadczył mi się. Mieliśmy skromny ślub i zaczęliśmy razem mieszkać.
Do dziewiątego miesiąca ciąży wciąż pracowałam. Gdy urodził się pierwszy syn, byłam na urlopie macierzyńskim, a pieniędzy ledwo starczało. Wiktor wtedy jeszcze nie zarabiał tyle, ile teraz. Musieliśmy oszczędzać na wszystkim oprócz dziecka. Chciałam dla mojego syna tylko tego, co najlepsze.
Nie pracowałam, przez co mąż zaczynał się na mnie złościć, często się kłóciliśmy.
– Wiktorze, musimy kupić krzesełko do karmienia dla Sergiusza, żeby nauczyć go jeść przy stole. Widziałam w internecie dobry model. Co prawda jest droższy od tych tańszych, ale jakość jest lepsza i dłużej posłuży, a do tego dostawa jest gratis. Zamówimy?
– Nie mamy pieniędzy na takie luksusy. – odpowiedział mi.
Obraziłam się na jego odpowiedź. Tak, ja też wtedy nie byłam łatwą osobą.
– Ale to przecież dla naszego syna! Czy naprawdę nie możesz znaleźć innej pracy? Albo zatrudnić się na drugą zmianę?
– Co? A może ty poszukasz sobie pracy?
– Ale co ty mówisz, przecież siedzę z dzieckiem.
– Też mi praca… Urodziłaś się kobietą – siedź sobie w domu z dziećmi. Żyć, nie umierać.
Wtedy zaczęliśmy się kłócić o to, kto jest bardziej zmęczony, on czy ja.
– Może chciałbyś spróbować? W ten weekend? Jadę do mamy, dawno jej nie widziałam. Przekonasz się, jak to jest! – zaproponowałam.
– Nie, nie chcę próbować. Przestań wymyślać bzdury. Wiem, że praca jest sto razy trudniejsza niż siedzenie w domu z dzieckiem. Uśpisz je i leżysz, oglądając telewizję.
– No to spróbuj raz, – zaczęłam prowokować. – A może się boisz?
– Niczego się nie boję! Bez problemu! Chcesz, to nawet zamieńmy się miejscami. Ja będę siedział z dzieckiem w domu, a ty będziesz chodzić do pracy – zaśmiał się.
W weekend specjalnie wyłączyłam telefon, żeby mąż nie mógł do mnie zadzwonić. Niech sam sobie radzi. I wiecie, ile było nieodebranych połączeń w niedzielny wieczór? 34.
34 nieodebrane! Ponad 10 wiadomości, żebym natychmiast wracała do domu, jak tylko przeczytam.
Tego krzesełka do karmienia nie kupiliśmy, wzięliśmy tańsze. Ale teraz mąż rozumie, jak to jest siedzieć w domu z dziećmi.
