W wieku 64 lat zostałem bez żony. Tak dobrze żyłem z Anną, że obiecałem sobie i dzieciom, że żadna kobieta jej nie zastąpi, że będę żył sam i samotnie spędzę starość. Dzieci bardzo mnie żałowały, często przychodziły w odwiedziny, zabierały na weekendy, ale w głębi duszy pozostawałem samotny. Tak było aż do dnia, kiedy postanowiłem pospacerować po parku
Lata tak szybko minęły, że nawet się nie obejrzałem, teraz mam już 64 lata, dawno przestałem być młodym mężczyzną.
Pięć lat temu straciłem żonę, niestety. Długo po tym byłem smutny. Moje dzieci ciągle zapraszały mnie do siebie, na spotkania i święta. A ja zawsze pozostawałem sam, jakoś nie chciało mi się niczego.
Od razu, w tamtym okresie, nawet nie myślałem, że kiedykolwiek w moim życiu osobistym coś się zmieni, już przygotowywałem się do samotnej starości, bo nikogo oprócz byłej żony obok siebie nie wyobrażałem.
Ale czas mijał szybko, siedzenie w domu przez całą dobę już mi się nie podobało, tam nie czekało mnie nic pozytywnego.
Stopniowo zacząłem wychodzić do ludzi, sam spacerowałem po bulwarze albo małym parku. Latem w parku często organizowano różne koncerty i na jednym z takich występów poznałem bardzo miłą kobietę.
Potem z Marią jeszcze raz przypadkowo się spotkaliśmy, spacerowaliśmy i wymieniliśmy się numerami telefonów, żeby napisać coś w razie potrzeby lub zadzwonić kiedyś.
Przez kilka miesięcy po prostu się spotykaliśmy i razem spacerowaliśmy albo chodziliśmy na koncerty w naszym domu kultury, jedliśmy lody, spacerowaliśmy nad jeziorem, dopóki była ciepła pogoda.
Maria również była samotna od wielu lat, jej mąż zmarł dawno temu. Czas spędzany z nią mijał niepostrzeżenie, było tak łatwo i spokojnie, dawno nie czułem się tak dobrze.
Maria bardzo mi się podobała, tak szczerej i dobrej osoby dawno nie spotkałem. Prawda, trochę mi było wstyd za swoje uczucia, bo po odejściu mojej ukochanej żony obiecałem sobie, że nigdy i z nikim więcej nie założę rodziny, obiecałem to sobie i dzieciom, że nikt jej nie zastąpi.
Ale tak się z nią zaprzyjaźniliśmy, staliśmy się tak bliskimi osobami, że nie wyobrażałem sobie już swojego życia bez tej, teraz już bliskiej mi osoby.
Na razie nie planujemy mieszkać razem, ale bardzo często się spotykamy, spędzamy razem dużo wolnego czasu.
Teraz bardzo chciałbym opowiedzieć o niej moim dzieciom, przedstawić ją im, cieszyć się razem z nimi, że spotkałem taką osobę w swoim życiu, w najtrudniejszym dla mnie okresie. Ale wstydzę się to zrobić, boję się, że mnie nie zrozumieją.
Bardzo kochali i szanowali swoją matkę, mogą się ode mnie odwrócić po tym i nigdy mi tego nie wybaczyć.
Nie mogę też milczeć zbyt długo, bo już nas spotkali i znajomi, i przyjaciele, nie chcę, żeby moje dzieci dowiedziały się o mnie i Marii od obcych ludzi i jeszcze się na mnie obraziły, że ukrywałem to przed nimi.
Jak mam rozpocząć rozmowę z własnymi dziećmi? Bardzo się martwię, jak zareagują na to, nagle nie zrozumieją, powiedzą, że to zdrada?
Lata szybko mijają, a tak chciałoby się spędzić swoją starość z bliską osobą, która cię rozumie. Nawet przed krewnymi wstyd się przyznać, że spotkałem kobietę w tym wieku. Co mam robić? Od czego zacząć? Boję się, że przez swoją nieśmiałość sam zniszczę życie sobie i jej. Czy warto w ogóle zaczynać coś w moim wieku, kiedy trzeba myśleć o dzieciach?
