Wychowałam moją wnuczkę sama. Anna wyrosła na dobrą i mądrą osobę, skończyła uniwersytet, ma dobrą pracę. Wyszła za mąż i razem z mężem zbudowali dom za miastem, do którego postanowili mnie zabrać. Gdy tylko zgodziłam się na przeprowadzkę, pojawiła się moja córka

Wychowałam moją wnuczkę sama. Anna wyrosła na dobrą i mądrą osobę, skończyła uniwersytet, ma dobrą pracę. Wyszła za mąż i razem z mężem zbudowali dom za miastem, do którego postanowili mnie zabrać.

Od tego domu zaczęła się nieprzyjemna historia w relacjach z moją córką. Maria, matka Anny, uznała, że to ona ma prawo mieszkać z córką i zięciem, a nie ja.

Wyszłam za mąż dość wcześnie, w wieku 18 lat urodziłam córkę. Żyliśmy z mężem dość skromnie, żeby nie powiedzieć biednie, więc zawsze czułam się winna, że nie mogliśmy zapewnić córce dostatku.

Maria nie chciała się uczyć, choć miała możliwość pójścia do technikum. Zamiast tego wyszła za mąż i urodziła córkę, Annę. Mieszkali u teściów, bo mieli większy dom niż my.

Niestety, życie rodzinne córki się nie ułożyło. Po kilku latach rozstała się z mężem i wróciła do domu z pięcioletnią córką.

Oczywiście przyjęłam ją i na początku pomagałam, jak mogłam, myślałam, że to tymczasowe i że córka pójdzie do pracy i zacznie sama się utrzymywać.

Ale Maria miała inne plany, poznała mężczyznę, który zaproponował jej małżeństwo pod jednym warunkiem – nie mogła zabrać ze sobą córki.

– Mamo, zostaniesz z Anną? To nie na długo, Michał przyzwyczai się do myśli, że mam dziecko i będę mogła zabrać Annę do nas. Mamo, pomóż, proszę – prosiła Maria.

Zgodziłam się, wierząc, że to na krótko. Ale Maria wyszła za mąż, wyjechała do stolicy i zapomniała o mnie i o swojej córce.

Byłam wtedy jeszcze dość młoda, więc mogłam wychować wnuczkę. Wszystko u nas było dobrze, Anna miała wszystko, co inne dzieci, ale często widziałam smutek w jej oczach, brakowało jej mamy.

Wielokrotnie mówiłam o tym Marii, ale ona twierdziła, że dziecku będzie lepiej ze mną, bo jej mąż nie chciał, żeby Anna z nimi mieszkała.

Nie przyszła na bal maturalny, bo mąż jej nie pozwolił. Na weselu własnej córki też jej nie było, znowu przez męża.

Poradziłyśmy sobie z trudnościami. Anna okazała się wspaniałą osobą. Wyszła za mąż, z mężem osiągnęli wiele mimo młodego wieku.

Niedawno zbudowali dom, duży, piękny. Kiedy tam po raz pierwszy przyjechałam, czułam się jak w bajce. Jestem taka dumna z mojej wnuczki.

Anna i jej mąż zaproponowali mi zamieszkanie z nimi, przygotowali dla mnie osobny pokój.

Może bym się nie zgodziła, bo nie chcę opuszczać mojego domu na starość, ale Anna spodziewa się bliźniąt i rozumiem, że teraz bardziej niż kiedykolwiek potrzebuje mojej pomocy.

Gdy tylko zgodziłam się na przeprowadzkę, pojawiła się Maria. Przez krewnych Maria nas znalazła, przyjechała i zaczęła mówić o swoich prawach, twierdząc, że to ona jest matką i to jej należy się miejsce w domu córki i zięcia.

Maria ma teraz trudności, jej mąż zmarł, a jego rodzina nie chciała, żeby mieszkała w ich domu. Teraz Maria praktycznie jest bezdomna i liczy, że córka ją przyjmie.

Anna milczała, a jej mąż kategorycznie stwierdził, że nie będzie tego, nie chce widzieć teściowej w swoim domu.

Maria obraziła się na wszystkich: na mnie, na córkę, na zięcia. Jakby nie rozumiała, że nikt oprócz niej nie jest winny. Kiedyś wybrała osobiste życie, a ja jej nie osądzałam, tylko się dziwiłam, jak mogła tak postąpić.

Teraz nie ma prawa do niczego rościć. Czyż nie mam racji?