Wyszłam za mąż za mężczyznę, u którego na wszystko trzeba wyprosić pieniądze, nawet na produkty spożywcze. Ma na wszystko jedną odpowiedź: „Ucz się oszczędzać, zbieramy na mieszkanie”
Kiedy dopiero spotykałam się z Jarosławem, nie mogłam sobie wyobrazić, że będę musiała prosić męża o pieniądze na jedzenie.
Wszystko zaczęło się wspaniale. Jarosław na randki zawsze przychodził z kwiatami, nie z drogim, dużym bukietem, ale ze świeżym prostym bukiecikiem i czekoladą lub cukierkami. Zapraszał mnie do małych, przytulnych kawiarni, zawsze płacił sam. Byłam szczęśliwa.
Michał pracował jako sprzedawca-konsultant w sieciowym sklepie z elektroniką. Ja pracowałam w szkolnej bibliotece.
Maria, matka Jarosława, przyjęła mnie ze słowami: „Pożyjemy, zobaczymy”. Na specjalny entuzjazm z jej strony nie liczyłam. Nie jestem konfliktową osobą, myślałam, że jakoś się dogadamy.
Po ślubie przeprowadziłam się do domu Jarosława i jego mamy. Postanowiliśmy odkładać pieniądze na własne mieszkanie. I tu zaczęły się problemy. Moja pensja szła na opłaty za media i dojazdy do pracy, a także musiałam kupować produkty spożywcze.
Oczywiście nie wystarczało, więc musiałam prosić Jarosława o pieniądze. A on na to: „Ucz się oszczędzać, zbieramy na mieszkanie”. Kariera męża szybko szła do przodu, został starszym menedżerem. Jego pensja wzrosła, a ja wciąż liczyłam grosze.
Urodził się nam syn Michał. Teściowa, żebyśmy nie wydawali pieniędzy na pieluchy i ubranka, wyciągnęła z pawlacza stare rzeczy Jarosława. Były tam zabawki, krzesełko do karmienia i wiele innych rzeczy. Chcieli przynieść wózek z piwnicy, ale udało mi się ich przekonać, żeby tego nie robili. W końcu Michał dostał nowy wózek i nowe ubrania na spacery.
Ciągle oszczędzaliśmy – na mnie i dziecku. A Jarosław awansował i kupował sobie nowy zegarek, telefon, garnitur. A ja marzyłam o nowych dżinsach na spacery z synem. Rozumiałam, że to nie w porządku, ale co miałam zrobić z małym dzieckiem?
Kupiliśmy mieszkanie i wyprowadziliśmy się od teściowej. Ale miałam wrażenie, że ona wyprowadziła się z nami. Myślałam, że teraz będę panią domu. Ale nie. Wciąż miałam do dyspozycji tylko swoją pensję. Jarosław z mamą zamykają się w pokoju i omawiają nasz budżet rodzinny, a ja nie mam nic do powiedzenia.
Kiedy Michał potrzebuje nowych ubrań i butów, teściowa przynosi kolejną partię starych rzeczy Jarosława. Staram się ją przekonać, że dzieci będą się z niego śmiać, że w dzisiejszych czasach wstyd w takim chodzić. Dopiero wtedy Jarosław daje pieniądze.
Mąż jeździ nowym samochodem, a my z synem autobusem. Nie jesteśmy godni. Godna jest tylko mama. Jak ja się tym zmęczyłam. Bywa, że mąż ma świetny humor, po kolejnym awansie w pracy, kupuje mi nowe ubrania i biżuterię, ale znów po to, żebym poszła z nim na jakieś ważne spotkanie. Mamy też wspaniałe wieczory rodzinne, ale tylko wtedy, gdy teściowa jest poza miastem, na przykład w sanatorium.
Odkładam sobie trochę pieniędzy na czarną godzinę, jeśli całkiem nie wytrzymam, to chociaż na początek coś będę miała. Czasami śmieję się histerycznie, mąż zabiera partnerów do drogich restauracji, a ja w domu liczę ciasteczka i cukierki, żeby starczyło dla dziecka na tydzień. Komu bym to opowiedziała, nikt by nie uwierzył.
