Zadowolić rodziców narzeczonego jest po prostu niemożliwe! Staraj się, nie staraj – wszystko na próżno!

Z Aleksandrem spotykałam się ponad dwa lata i w końcu doszło do zaręczyn. Wszystko było pięknie – restauracja, kwiaty, pierścionek, a z mojej strony oczywiście: „Tak, kochany!”

Z rodzicami mojego narzeczonego spotykaliśmy się rzadko i byliśmy raczej mało zaznajomieni. Nie było między nami wielkiej radości ani czułości, jedynie uprzejma poprawność. Kiedy ich syn przedstawił mnie już jako swoją narzeczoną, niespodziewanie zrobili nam prezent:

— Za kilka dni wyjeżdżamy na wakacje, więc mieszkanie jest do waszej dyspozycji. To dobra okazja, żebyście się lepiej poznali w codziennych sytuacjach.

To było wspaniałe. Po studiach wynajmowałam mały pokój, więc Aleksander, po spotkaniu ze mną, wracał do domu, a tu – trzypokojowe mieszkanie, prawdziwa przestrzeń!

Po trzech dniach przeprowadziłam się do mieszkania przyszłych, jak wtedy myślałam, teściów. Saszka mnie uprzedził, że jego mama bardzo lubi czystość, więc poprosił, żebym utrzymywała porządek, a przed ich powrotem zrobiła generalne sprzątanie. Nie ma problemu! Zauważyłam tylko, że czystość u Walentyny Stepanownej nie była idealna, co wyszło na jaw przy bliższym zapoznaniu się z mieszkaniem. Oczywiście, nie komentowałam kurzu w kątach, dość brudnych okien i łazienki wymagającej lepszej higieny, po prostu usunęłam te „niedociągnięcia”.

Podczas sprzątania zauważyłam, że Aleksander nawet nie kiwnął palcem, żeby mi pomóc – jak siedział z telefonem, tak został. Chyba poczuł się trochę niekomfortowo widząc, jak biegam z odkurzaczem, ścierkami i gąbkami, bo potem, podczas obiadu, wyjaśnił, że w ich domu wszelkie prace domowe leżą na barkach kobiet, a mężczyźni zapewniają dostatek i materialne bezpieczeństwo – kiedyś ojciec, teraz on. Wzruszyłam ramionami:

— Kategorycznie nie protestuję, jeśli nie będę musiała myśleć o ostatniej złotówce do wypłaty, w domu zawsze będzie na ciebie czekać komfort i porządek!

Na tym skończyło się ustalanie naszej przyszłej „hierarchii”. Mówiłam całkowicie szczerze, jeśli mąż będzie wystarczająco zarabiał, żona może w ogóle nie pracować albo pracować w dość elastycznym trybie.

Przez prawie trzy tygodnie cieszyliśmy się przestronnym mieszkaniem i możliwością spędzania czasu we dwoje. Gotowałam mnóstwo różnych potraw, mój narzeczony zajadał się nimi, nawet nieco przybrał na wadze w tym czasie, mimo że mieliśmy dużo aktywności fizycznej. Aleksander zachwalał wszystkie dania, mówił, że gotuję wspaniale i że jest rozpuszczony. Cieszyły mnie takie komplementy, poza kuchnią codziennie biegałam po mieszkaniu i likwidowałam jakiekolwiek ślady brudu i bałaganu, słowem, starałam się być wzorową gospodynią. Przed powrotem rodziców Aleksandra zrobiłam generalne sprzątanie, choć mieszkanie już lśniło, postanowiłam jeszcze je „wypolerować”.

Wrócili gospodarze… Jakie było moje zaskoczenie, a właściwie szok, kiedy Aleksander powiedział mi, że jego mama zrobiła kilka uwag dotyczących porządku, a ojcu nie smakowało to, co przygotowałam, skrytykował praktycznie wszystko, jeszcze skomentował, że będzie mu trudno, synku… Narzeczony mówił to z dziwną intonacją, jakby usprawiedliwiał swoich rodziców i brał ich stronę, nie wspominając ani słowem, jak sam zajadał się moimi naleśnikami, barszczem, mantami, sałatkami i wypiekami. Powiedzieć, że wtedy bardzo zepsuł mi humor, to nic nie powiedzieć. Ale to były tylko przedsmaki.

Minęły dwa dni, Aleksander nie dzwonił, sama zadzwoniłam i zapytałam, czy coś się stało. Odpowiedział mi obojętnym tonem:

— Nie, wszystko w porządku, po prostu jestem zajęty. Chciałem do ciebie zadzwonić wieczorem i porozmawiać o przesunięciu ślubu o pół roku…

Myślałam, że się przesłyszałam, i zapytałam:

— Chcesz przesunąć ślub? Dlaczego?

Odpowiedział:

— Dajmy sobie jeszcze czas, żeby lepiej się poznać…

Wydusiłam:

— Aha… — i rozłączyłam się.

Całą noc płakałam, ale podświadomie czekałam, że Aleksander zadzwoni, przyjedzie, jakoś wytłumaczy swoje głupie propozycje. Nie zadzwonił, ani następnego dnia, ani po tygodniu…

No cóż, skoro tak bardzo wpłynęło na niego zdanie rodziców, to i dobrze, znaczy, że chłopiec jeszcze nie dorósł do długich spodni, i dziękuję niedoszłym teściom, że pomogli mi to zrozumieć przed ślubem. Szkoda tylko straconego czasu…