Zakrzyczałem złośliwego kota, a okazało się, że uratował mi życie…
Moja siostra zdecydowała się wyjechać na urlop nad morze i poprosiła mnie, abym zajął się jej mieszkaniem i kotem podczas jej nieobecności. Postanowiłem, że będzie znacznie prostsze, jeśli będę tam mieszkać w jej nieobecność.
Już pierwszego dnia złapałem silny przeziębienie i zachorowałem. Postanowiłem trochę odpocząć, ale kot nie pozwolił mi na to. Wył głośno z kuchni. Postanowiłem nakarmić go i zmienić kuwetę.
Zrobiłem wszystko, ale on dalej krzyczał. Dałem mu trochę mięsa, ale nawet nie przystąpił do jedzenia. Postanowiłem wymienić wodę, pogłaskać go, ale to nie pomagało. Siedział na środku kuchni i krzyczał na całe gardło. Spanie stało się po prostu niemożliwe.
Miałem ból głowy i zaczęło mi się dławić. Próbowałem trochę spędzić czasu obok kota. Wydawało się, że się uspokoił, ale ciągle wpatrywał się w jedno miejsce. Postanowiłem skorzystać z tej chwili i zasnąć, ale niestety to nie zadziałało. Znowu zaczął krzyczeć.
Zacząłem go gonić mokrym miotłem i postanowiłem go zamknąć w kuchni. W międzyczasie zacząłem szukać numeru weterynarza. Gdy dzwoniłem, poszedłem do kuchni, aby zrobić kawę. Spojrzałem na kuchenkę, a tam gaz był włączony, ale nie płonął…
Okazało się, że ten kot uratował mi życie, a ja na niego krzyczałem.
