Zamiast wychowywać swoją córkę, musiałam wyjechać do pracy do Wielkiej Brytanii. Straciłam młodość, a moja własna córka nienawidzi mnie

Małe dziecko zawsze jest szczęśliwe, gdy jego matka jest w pobliżu. Niestety, ja nie zawsze mogłam dostarczyć mojej córce to szczęście. Im moja córka stawała się starsza, tym bardziej miała pretensje do całego świata. Wszystko było dla niej złe, wszyscy byli źli, wszyscy byli winni temu, że jej życie nie układało się tak, jak chciała.

Z biegiem czasu zaczęło mnie to coraz bardziej męczyć. Gdy tylko wchodziła do domu, czekałam na kolejne skargi, a radość czy zadowolenie z drobnych rzeczy zniknęły. W oczach mojej córki wszyscy zawsze byli gotowi zrujnować jej życie.

Nie jestem psychologiem, ale sądzę, że dużą rolę odegrała w tym moja teściowa. Dla niej moja córka była jakby światełkiem w oknie! Teściowa miała trzech synów, ale zawsze marzyła o córce. Rozpieszczała Martę na każdy możliwy sposób, obdarowując ją prezentami, zabierając do cyrku czy zoo.

Dopóki dziecko było małe, nie dostrzegałam problemu. Nawet cieszyłam się, że dzięki córce moja teściowa traktowała mnie dobrze. Dodatkowo nie miałam własnych rodziców, więc relacje z rodziną męża były dla mnie bardzo ważne.

Ale potem mój mąż zmarł. Okazało się, że zmarły mąż zostawił po sobie sporo długów, o których wcześniej mi nie powiedział. Teraz te długi spoczywały na moich barkach. Teściowa zaproponowała, abyśmy, razem z córką, przeprowadziły się do niej, co pozwoliłoby mi uniknąć płacenia za wynajmowane mieszkanie, w którym wcześniej mieszkałam z mężem. Co więcej, zgodziła się zająć dzieckiem, abym mogła pracować.

Musiałam znaleźć nie tylko pracę, ale dobrze płatną pracę. Musiałam wyjechać do Wielkiej Brytanii. Teściowa zapewniła mnie, że poradzi sobie z opieką nad dzieckiem w mojej nieobecności. I nie miałam wątpliwości. W gruncie rzeczy z pięcioletnim dzieckiem nie ma większych problemów.

Wydawało mi się wtedy, że szybko rozwiążę życiowe problemy. Praca nie była łatwa, ale zarobki były bardzo dobre. Brałam dodatkowe zmiany, aby zarobić więcej. Teściowa nie miała pretensji, rozumiała sytuację. A moja wnuczka nie była dla niej ciężarem, wręcz przeciwnie, cieszyła się, że może się zająć dzieckiem.

Ale kiedy wróciłam do domu, zauważyłam zmianę w charakterze mojej córki. Stała się kapryśna, płakała, aby spełnić swoje życzenia i nie słuchała żadnych perswazji. Porozmawiałam z teściową i powiedziałam jej, żeby była bardziej surowa wobec dziecka. Teściowa przytaknęła, ale nic się nie zmieniło.

Stopniowo spłacałam długi i postanowiłam zaoszczędzić na własne mieszkanie. Większość zarobionych pieniędzy przesyłałam teściowej, aby moja córka niczego nie potrzebowała. Resztę odkładałam na mieszkanie.

Moja teściowa zmarła, gdy moja córka skończyła czternaście lat. Chociaż miała jeszcze dwóch synów, zapisała swoje mieszkanie wnuczce, czyli mojej córce.

Oczywiście musiałam wrócić – nie mogłam zostawić córki samej sobie. Zaczęło się moje życie z córką.

Okazało się, że babcia nie nauczyła jej żadnej pracy domowej. Nie wiedziała, jak zrobić podstawowe rzeczy, bo wszystko robiła jej babcia. Próbowałam ją uczyć, przyzwyczajać, ale kończyło się to napadami złości i skandalami. Córka twierdziła, że to ja jestem winna jej “kalekiego” dzieciństwa bez rodziców.

Nie potrafiłam jej wytłumaczyć, że tylko moje zarobki zapewniały jej i jej babci dostatnie życie, pyszne jedzenie, ładne ubrania, wygodę i komfort. Ale nastolatki mają swoją własną logikę.

Szczególnie przygnębiał mnie nawyk mojej córki do tłumaczenia wszystkich swoich niepowodzeń “intrygami wroga”. Zawsze miała na kogo zrzucić winę – sąsiedzi, nauczyciele, kierowca autobusu, sprzedawca w sklepie. Ale ja zawsze byłam pierwsza na liście winowajców.

Znalazłam dobrą pracę. Było jasne, że moja córka i ja nie będziemy mogli mieszkać razem w przyszłości, więc postanowiłam zaoszczędzić na kredyt hipoteczny, na zakup jednopokojowe mieszkanie.

Po ukończeniu szkoły moja córka rozpoczęła studia. Jej niezadowolenie z otaczającym ją światem przeszło na wyższy poziom. Obwiniała wszystkich i wszystko, nawet za to, że wybrała specjalizację, której już nie lubiła. Dręczyły mnie jej skargi i marudzenie.

Nawet zabierałam ją do lekarza – być może to problem z hormonami? Kiedy wspomniałam o psychologu, nastąpił nowy strumień oskarżeń! “Och, myślisz, że zwariowałam?”. Marta była święcie przekonana, że jej życie układa się tak źle (w jej mniemaniu), że otaczają ją sami wrogowie i nieżyczliwi.

Czas mijał i pewnego dnia Marta oznajmiła, że wychodzi za mąż. To było dla mnie niesamowite! Z jej charakterem! Ale facet był prawdziwy, miły, wesoły i łatwo się z nim dogadać. Przeciwieństwa się połączyły! O dziwo moja córka jakoś przy nim złagodniała, przestała dramatyzować każdą drobnostkę. Byłam szczęśliwa.

Oni pobrali się, zaczęli żyć w wynajętym mieszkaniu, a ja zbliżałam się do zakupu swojego mieszkania. Planowałam je kupić, przenieść się. Jednak już po kilku miesiącach córka wróciła do domu i ogłosiła, że oni się rozwodzą. Mąż nie spełnił jej oczekiwań, nie zwraca uwagi, nie pomaga w domu, więc z nim nie da się żyć.

Dobrze rozumiałam problem. Ale i tak zadzwoniłam do zięcia. Odpowiedział to, czego się spodziewałam.

– Nie da się żyć z twoją córką. Zawsze jest niezadowolona ze wszystkiego.

Rozmowa z córką była nieunikniona. Powiedziała, że winę za zrujnowane relacje z mężem ponosi teściowa, która namawiała męża. Winni byli źli przyjaciele. Ale oczywiście najbardziej winna byłam ja – nie dałam jej przykładu właściwej rodziny.

Byłam winna tego, że owdowiałam w wieku 25 lat, że zarabiałam na nią i jej babcię ze szkodą dla moich młodszych lat, że nie myślałam o swoim życiu osobistym i dbałam o to, by Marta niczego nie potrzebowała.

Szkoda, że wszystkie wyrzuty rzucała mi w twarz nie nierozumna dziewczynka, ale w pełni dojrzała młoda kobieta, która sama jest już matką.

Zajmuję się kredytem hipotecznym, to już niedługo. Wyprowadzę się i pozwolę córce żyć tak, jak chce. Jestem już zmęczona jej narzekaniami. Nie potrafię rozwiązać jej wiecznych problemów. I nikt inny też nie może.