Zdecydowałam przestać pomagać synowi i synowej. Wszystkie ich problemy wynikają z dumy, a rad słuchać nie chcą, tylko pieniędzy daj
Postanowiłam, że mam dość, nie chcę już tańczyć, jak mi syn i jego lekkomyślna żona zagrają. Gdy daję im jakąś radę, to mówią: „Mamo, daj spokój, sami sobie poradzimy”, a gdy kolejny raz nie mogą uzbierać na hipotekę, to: „Mamusiu, pomóż”. I tak w kółko.
A ja już dawno powinnam odpoczywać na emeryturze, ale nie mogę sobie na to pozwolić. Wychowałam syna, myślałam, że będzie wsparciem na stare lata. A gdzie tam! Już trzeci rok ciągle zagląda do mojego portfela. Nie może dorosnąć i żonę sobie taką samą wybrał. Tak ciągną pieniądze to ode mnie, to od rodziców synowej.
Mam jednego syna, Tadeusza. Jego ojciec zmarł wcześnie, chłopiec nawet go nie pamięta. Wychowaniem zajmowałam się ja oraz babcie i dziadkowie. Nigdy szczególnie nie rozpieszczałam chłopca, ale jestem jedna, a tu aż dwie babcie i dwóch dziadków, dla których wnuk był jedyną pociechą.
Szczególnie trudno było po lecie. Ja pracowałam, a rodzice mojego męża mieszkali na wsi, więc na lato zabierali Tadeusza do siebie. Tam i świeże powietrze, i jagody, owoce, warzywa, świeże mleko – wszystkie uroki wiejskiego życia. Dziadek uczył wnuka pracować rękami, co było dobre.
Ja z moimi rodzicami przyjeżdżaliśmy raz na tydzień, a czasem co dwa, jak pozwalała praca. Odwiedzaliśmy Tadeusza, przywoziłam różne rzeczy, sprawdzałam, czy syn zachowuje się odpowiednio. Podczas tych krótkich wizyt wydawało się, że wszystko jest w porządku, ale jesienią wszystko się zmieniało.
Musiałam przypominać synowi, że nikt nie będzie za nim biegał, powinien sam o siebie dbać, a nie czekać, aż wszystko zostanie mu podane. Czasem zajmowało to miesiąc, a nawet dłużej. Ale udawało mi się przywrócić syna do porządku.
Potem zostaliśmy z synem tylko we dwoje. Mieszkaliśmy w mieszkaniu moich rodziców, a dom moich teściów wykorzystywaliśmy jako letnisko. W tym czasie Tadeusz był już pełnoletni, studiował na uczelni. Musiałam opłacać jego studia.
Na ostatnim roku oświadczył mi, że zamierza się ożenić. Wiedziałam, że ze swoją Anną spotyka się już od około trzech lat. Ona też była studentką tego samego uniwersytetu, ale rok młodszą i na innym wydziale. Poznali się na jakiejś studenckiej działalności artystycznej, którą oboje bardzo lubili. Wydaje mi się, że tylko dzięki temu zaliczali przedmioty.
Od razu powiedziałam synowi, że jak tylko się ożeni, przestanę go finansowo wspierać. Syn pomyślał, rozważył i postanowił się nie spieszyć. Postanowił przynajmniej ukończyć studia i znaleźć pracę. Przez to nawet pokłócili się z Anną. Ona nie mogła się doczekać, by jak najszybciej założyć suknię ślubną i dostać pieczątkę w dowodzie.
Syn ukończył studia, znalazł pracę i powiedział, że teraz na pewno się żeni. Poradziłam poczekać, aż narzeczona ukończy studia, ale tu już nic nie wskórałam. Anna chyba nie mogła już wytrzymać, tak bardzo chciała do urzędu stanu cywilnego.
Po ślubie syn z żoną mieszkali trzy miesiące w wynajętym mieszkaniu, a potem syn przyszedł do mnie z prośbą, by ich przyjąć. Okazało się, że jednej jego pensji na wszystko nie wystarcza i chcą się przeprowadzić.
Zgodziłam się. W końcu to rodzony syn, jak można odmówić w takiej sytuacji? Ale moja cierpliwość wystarczyła tylko na cztery miesiące wspólnego mieszkania. Potem musiałam wskazać młodym drzwi. Ich wieczne kłótnie w środku nocy, spotkania z przyjaciółmi i bałagan domowy szybko mi się znudziły.
Młodzi zdążyli też pomieszkać u teściów, ale tam sami nie chcieli dalej zostać, nie wiem już dlaczego. Wtedy po raz pierwszy padło słowo „hipoteka”.
Młodzi nie mieli własnych oszczędności, a skąd? Ja coś tam odkładałam na czarną godzinę, rodzice Anny też coś odłożyli. Do tego syn zamierzał sprzedać działkę, która należała do niego. Na minimalny wkład zebraliśmy. Można było wziąć kawalerkę z rozsądną miesięczną ratą.
Ale Anna, a za nią Tadeusz, zaparli się – nie chcą jednopokojowego mieszkania, to za mało. Wezmą od razu dwupokojowe. Chociaż rata wzrastała dwukrotnie, a naszych zebranych pieniędzy ledwo wystarczało. I ja próbowałam przekonać, i rodzice Anny – dzieci nikogo nie posłuchały.
Bili się w piersi, że ze wszystkim sobie poradzą. No i wzięli w rezultacie dwupokojowe mieszkanie. Pierwsza rata – „Mamo, pomóż”. Syn przysięgał, że kolejne będą już płacić sami, po prostu pierwszy był nagły, jeszcze się nie przyzwyczaili, ale wkrótce wejdą w rytm.
W następnym miesiącu pewnie prosili o pomoc rodziców Anny. A za miesiąc znowu przyszła kolej na mnie. Mnie też nie jest łatwo wykładać takie sumy. Poradziłam synowi, by na razie przeprowadzili się do mnie albo do rodziców Anny, a swoje mieszkanie wynajęli. Już łatwiej będzie płacić.
Moja propozycja się nie spodobała. Oświadczyli, że sami sobie poradzą. Anna znajdzie pracę – teraz Anna już od ośmiu miesięcy pracuje, a lepiej jakoś nie jest.
Niedawno po raz kolejny zaproponowałam im, by wynajęli mieszkanie i pomieszkali na razie u któregoś z rodziców. No, tak się nie da!
Mój syn i synowa mnie obrażyli – oskarżam ich o wiele. A ja też przestałam wytrzymywać. Trzeci rok z tą hipoteką się męczymy, wydaje mi się, że wcale sami nie dokonali żadnych płatności, wszystko dzięki pomocy rodziców. Zamiast tego obrażają się na coś jeszcze.
Teraz ja też się obraziłam. Mam też nerwy. Niech sami radzą sobie ze swoją hipoteką, a ja mam dość. Mam dość zarówno dawania pieniędzy, jak i słuchania, że sobie poradzą bez mnie. Niech sobie radzą.
