Znalazłam w telefonie męża wiadomości z komplementami, teraz się rozwodzę.

– Co się dzieje? – rozległ się zaspany głos Michała.

Siedząca na jednej z walizek w korytarzu Basia w myślach była gotowa zakląć. Chciała wymknąć się bez wyjaśniania czegokolwiek. Co tu w ogóle wyjaśniać…

– Jak kotleciki, Michał? – Basia, uśmiechając się, patrzyła, jak mąż je. – Smaczne?

– Basia, po tej paskudnej chorobie, którą złapaliśmy dwa lata temu, nadal połowy smaków nie czuję. Kotlety jak kotlety, jeść można – i tyle.

Basia poczuła, jak gula rośnie jej w gardle.

Czyli kotlety jak kotlety? Można jeść?! Ten przepis znalazła na specjalistycznym zagranicznym forum.

Przekładała te wszystkie „uncje”, „funty” i inne dziwactwa na standardowe gramy, szukała brakujących składników (przebiegła pół miasta, swoją drogą), a on jej… tak?!

– A ja, swoją drogą, dzisiaj… – zaczął mąż, ale Basia nie chciała słuchać.

Machnęła ręką, powiedziała, że musi pilnie odpowiedzieć na służbowy telefon, i uciekła do swojego gabinetu. Płakać. Znowu. Po raz kolejny.

Ile już łez wylała z powodu ich niezbyt udanego małżeństwa? Nie zliczyć.

Zaczęło się wszystko pięć lat temu, jak bajka, gdy u Basi, zazwyczaj pozbawionej uwagi, niespodziewanie pojawił się adorator.

Poznali się na czacie wspólnoty mieszkaniowej, kiedy młoda kobieta wynajęła mieszkanie dwa piętra poniżej Michała.

Słowo za słowem, omówienie kilku spraw – i już Michał przychodzi do Barbary z bukietem kwiatów i pudełkiem drogich czekoladek, by zaprosić ją na randkę.

Trzy miesiące później Basia przeprowadziła się do mężczyzny ze wszystkimi rzeczami, wtedy też zaczęły się rozmowy o ewentualnym ślubie.

Babcie na ławce przed blokiem nie przestawały się dziwić, że Michałek, ten sam urwis i łamacz serc, któremu wróżono życie wiecznego kawalera, nagle postanowił się ustatkować i założyć rodzinę.

Ale tak się stało – już po pół roku wspólnego życia Michał oświadczył się Barbarze, a po trzech miesiącach para wzięła ślub.

Zorganizowali skromne wesele, zapraszając nieco ponad dziesięć osób – rodziców i bliskich przyjaciół.

Podczas samej uroczystości wielokrotnie padały życzenia posiadania dzieci i pytania, kiedy się ich doczekają.

Michał był nastawiony poważnie – dzieci nie mniej niż dwoje, ale dopiero gdy będzie wystarczająco miejsca do ich wychowania.

Obecnie, będąc już cztery lata w małżeństwie, małżonkowie nadal odkładali potrzebną sumę na zakup dobrego domu.

Przedślubne mieszkanie Michała para planowała wynająć, by w przyszłości mieć dodatkowy dochód.

Ale już od roku czy półtora bajka zaczynała się rozpadać.

Mąż do późna zostawał w pracy, praktycznie nie poświęcał Basi uwagi, a wszystkie próby żony, by przełamać lody w relacji, albo nie były rozumiane, albo w ogóle ignorowane.

Tak jak z tymi kotlecikami. Przecież tak się starała, a on… on…

– Basia, nie idziesz spać? – w drzwi gabinetu zapukał mąż.

Kobieta pośpiesznie otarła łzy i ciężko westchnęła. Spali jeszcze w jednym łóżku – jakaś nadzieja, która jednak topniała z każdym dniem. Kto wie, z kim mężczyzna śpi w jednym łóżku…

Nagle Basię jakby piorun trafił. Jak mogła wcześniej tego nie zauważyć? Przecież wszystkie znaki były oczywiste: mąż oziębł, zostaje do późna, nie poświęca uwagi…

Czyż to nie są pierwsze oznaki zdrady? I zaczęło się to właśnie po trzech latach ich związku, no może trochę więcej, ale…

Wszyscy mówią, że miłość trwa trzy lata. A potem ludzi łączy wspólne życie i wspólne zainteresowania. Ale to jeśli rodzina jest normalna. A jeśli nie – mężczyzna może pójść na bok.

Kobieta też, oczywiście, ale Basia wiedziała, że nawet nie myślała o czymś takim. Zresztą nie miała kiedy, też przecież pracowała, choć w domu.

A jeszcze trzeba ugotować i wyprać, a to zajmuje mnóstwo czasu.

Postanowiwszy, że trzeba coś z tym zrobić, Basia wyszła z gabinetu i skierowała się do sypialni.

Gabinet – to dużo powiedziane, oczywiście, po prostu Michał postawił w drugim pokoju stół i komputer Basi, żeby nie przeszkadzała mu spać, gdy siedziała nocami nad swoimi sprawami.

Tak naprawdę pokój był salonem, tylko że goście odwiedzali ich bardzo rzadko.

Wślizgnąwszy się pod kołdrę, kobieta westchnęła i zamknęła oczy. Sen nie nadchodził. Księżyc za oknem powoli przesuwał się po niebie, oświetlając pokój słabym, nienaturalnym blaskiem.

Pełnia księżyca, ech… W dawnych czasach ludzie wierzyli nawet, że w tym czasie wilkołaki wychodzą na łowy.

Pisnący telefon męża przywrócił Barbarę do rzeczywistości, uwalniając na ułamek sekundy od myśli o księżycu, wilkołakach i innych baśniowych rzeczach.

Spoglądając na śpiącego męża, młoda kobieta sięgnęła po jego telefon. Michał zazwyczaj spał snem kamiennym.

Nawet budzik słyszała Basia i szturchała śpiącego męża, żeby nie zaspał i nie spóźnił się do pracy.

Szanse, że teraz złapie ją „na gorącym uczynku”, praktycznie nie istniały.

„Daj jeszcze komplementów” – wiadomość z mrugającą emotikoną na końcu pojawiła się na zablokowanym ekranie, gdy nacisnęła przycisk z boku.

Nadawcą był „Wacek-Hydraulik”.

Barbara w myślach uderzyła się dłonią w czoło. Przecież o tym też pisali na forach! Że mężczyzna może zapisać kochankę pod męskim imieniem, żeby przy pobieżnym spojrzeniu na książkę adresową w telefonie, gdyby co, u żony nie pojawiły się podejrzenia. A co, jeśli…

Ostrożnie biorąc dłoń śpiącego męża, Barbara przyłożyła jego palec do czytnika. I gdy telefon „ożył” – zaczęła czytać korespondencję z tym „Wackiem-Hydraulikiem”.

Przejrzała dosłownie dziesięć wiadomości, gdzie Michał rozpływał się w kwiecistych komplementach, a „Wacek” prosił: „no dalej, powiedz jeszcze coś takiego” albo „super, chcę więcej”.

Dowody były oczywiste. Zrobiwszy zrzuty ekranu i wysławszy je sobie na telefon, Barbara postanowiła, że jutro, a raczej już dziś, znajdzie sobie mieszkanie do wynajęcia i złoży pozew o rozwód.

Jak można było tak po prostu – i znaleźć sobie „Wacka-Hydraulika”?! No jeśli nawet znalazł, zakochał się w innej kobiecie, to się rozwiedź, jak normalny, odpowiedzialny człowiek!

A ona jeszcze kotleciki mu, ragout, mięso pieczone, jak… Jak jakaś naiwna…

Z trudem, ale udało się Basi znaleźć na pawlaczu starą torbę w kratę. W takich jej mama, mieszkająca we wsi niedaleko, przysyłała domowe przetwory.

Zawsze prosiła córkę, by w żadnym wypadku nie wyrzucała tych toreb i przywoziła je z powrotem przy następnej wizycie. No i nazbierało się już trzy sztuki, akurat wszystkie rzeczy się zmieszczą…

Pakowanie wszystkiego, co potrzebne, zajęło Barbarze czas już bliżej świtu. Najbardziej chciała wynieść się z tego domu, zanim mąż się obudzi, ale tego nie zrobisz, póki wszyscy jeszcze śpią.

Basia miała co prawda kilka przyjaciółek, u których mogła zostawić rzeczy na parę dni, a nawet sama przespać się na kanapie w kuchni, ale o tej porze wszyscy jeszcze spali…

– Co się dzieje? – rozległ się zaspany głos Michała.

Siedząca na jednej z toreb w korytarzu Basia w myślach była gotowa zakląć. Chciała wymknąć się bez wyjaśniania czegokolwiek. Co tu w ogóle wyjaśniać…

– No cóż, wyjeżdżam. Znalazłam w telefonie męża wiadomości z komplementami, teraz się rozwodzę. Więc możesz sobie mieszkać z „Wackiem-Hydraulikiem”, skoro tak lubisz czyścić cudze rury.

– Basia, wszystko źle zrozumiałaś.

– O, proszę, odpowiedź jak z podręcznika. I co niby mogłam źle zrozumieć, skoro mnie ignorujesz, nie poświęcasz uwagi, a za to Wackowi-Hydraulikowi komplementy co najmniej od pięciu dni piszesz?!

– Właściwie to od ponad trzech tygodni, ale wszystko jest zupełnie inaczej! – mąż, machnąwszy ręką, poszedł do pokoju, a potem wrócił z telefonem.

Podał go Basi do ręki i powiedział:

– Proszę, czytaj.

Przed nią była ta sama korespondencja. Ale sprzed kilku tygodni, gdzie mężczyźni najpierw omawiali jakieś materiały budowlane, a potem Wacek zaczął ubolewać, że nie może poznać dziewczyn, bo nie zna sposobów na przyciągnięcie ich uwagi.

„Ale tobie to się udało – od razu możesz wymyślić takie rzeczy, że dziewczyny padają jak muchy. Pamiętasz, jak poderwałeś Irenkę na pierwszym roku?

Sama się na ciebie rzuciła, choć wcześniej wszystkich chłopaków zbywała. Też bym tak chciał”.

Od Michała, jako prawdziwego przyjaciela, padła logiczna propozycja pomocy koledze – przesłać ciekawe teksty, które można wpleść w dialog, by spodobać się dziewczynie.

– I tak teraz piszę listy miłosne za jednego z najlepszych przyjaciół – westchnął Michał. – A ty tu sobie nie wiadomo co wymyśliłaś.

– A co byś pomyślał, gdybym ja pisała takie peany do innej osoby? Mnie to już od półtora roku dobrego słowa nie mówisz.

– A z jakiej racji miałbym je mówić, skoro mnie prawie cały czas ignorujesz i nawet nie możesz usiąść na piętnaście minut przy kolacji, by posłuchać, jak minął mój dzień?

Co mam mówić, skoro u ciebie na pierwszym miejscu są kotlety i im całe życie poświęcić gotowa, a ze mną poleżeć, film obejrzeć – to od razu jesteś zmęczona?!

Co mam ci mówić, Basia?! – wybuchł mężczyzna.

– Zawalające?! Przecież ja dla ciebie… – Basia nagle ugryzła się w język, gdy, choć z opóźnieniem, dotarł do niej sens słów męża.

– Co dla mnie? I tak nie odróżniałem wieprzowiny od wołowiny, a po tym, co było dwa lata temu – mogę nawet papierem się żywić, i tak całe jedzenie smakuje prawie jak ten papier. I, nawiasem mówiąc, mówiłem ci o tym wielokrotnie – ponownie zganił żonę Michał.

– Przepraszam, ja… Naprawdę… Tu się wygłupiłam.

– Wybaczę. Ale tylko jeśli dziś po kolacji będzie na mnie czekał wspólny seans jakiegoś filmu, jak dawniej. A na tę kolację możesz po prostu ugotować paczkę kupnych pierogów.

Basia tak zrobiła. Właśnie od tego dnia ich życie rodzinne z Michałem znowu się ułożyło.

Zrozumiała, że zrobić „dobrze” drugiemu człowiekowi można tylko z uwzględnieniem jego pragnień. Dlatego odtąd w rodzinie nie było żadnych kłótni z tego powodu.

A miesiąc później Michał nie musiał już przesyłać w korespondencji, która była powodem kłótni, komplementów. Bo Wacek-Hydraulik z pomocą najlepszego przyjaciela znalazł sobie dziewczynę i teraz aktywnie układał sobie życie.