Życie w luksusowym domu – spełniony sen czy koszmar? Moja historia po przeprowadzce do domu męża

Po ślubie przeprowadziłam się do domu mojego męża. Na początku byłam w siódmym niebie – zamiast ciasnego, jednopokojowego mieszkania, trafiłam do luksusowej rezydencji z dużą działką. Jednak bardzo szybko pożałowałam tej decyzji.

Rodzice mojego męża, Marka, to wspaniali ludzie, którzy bardzo pomogli nam na początku naszego wspólnego życia. Zaraz po ślubie zaproponowali, żebyśmy przeprowadzili się do ich dużego domu. Byłam zachwycona – wcześniej mieszkałam w małym mieszkaniu i o takiej przestrzeni mogłam tylko marzyć.

Początkowo wszystko wyglądało idealnie. Dbałość o tak duży dom nie była łatwa, ale teściowa zawsze mi pomagała. Jednak po dwóch latach rodzice Marka postanowili, że oddadzą nam dom, a sami przeprowadzą się nad morze. To właśnie wtedy zaczęłam odkrywać ciemne strony życia w tak dużym miejscu.

Kiedy nasi znajomi i rodzina dowiedzieli się, że mieszkamy w rezydencji, zaczęli mi zazdrościć. W ich wyobrażeniach żyliśmy jak w bajce: ogromna działka, luksusowy dwupiętrowy dom, sad owocowy, własny basen. Pikniki z grillem moglibyśmy organizować każdego dnia!

Nikt jednak nie myśli o tym, ile pracy wymaga utrzymanie takiego domu i całej posesji w porządku.

Kiedy przeprowadziłam się do tego domu, widziałam głównie jego zalety. Szybko jednak przekonałam się, że się myliłam. Zwykłe sprzątanie zajmuje mi niemal cały dzień, a jeśli chodzi o generalne porządki, to dwa dni to minimum – i to bez mycia okien!

Dwa razy w tygodniu staram się wycierać kurz w każdym pomieszczeniu, odkurzać i myć podłogi. Po takich, wydawałoby się, prostych czynnościach jestem wyczerpana. Do tego dochodzi gotowanie i pomoc Markowi w ogrodzie. Coraz częściej mam wrażenie, że całe moje życie sprowadza się do sprzątania.

Myśl o dziecku wywołuje u mnie strach. Teraz ledwo znajduję czas na podstawowe obowiązki, a co będzie, gdy w naszym życiu pojawi się dziecko?

Oczywiście, Marek także nie próżnuje – dba o basen, kosi trawnik, pielęgnuje ogród. Jednak większość dnia spędza w pracy, więc codzienne obowiązki domowe spadają głównie na mnie.

Proponowałam już, żeby zatrudnić pomoc domową. Możemy sobie na to pozwolić, ale Marek kategorycznie odmawia. Twierdzi, że nie chce obcej osoby w domu. Według niego przesadzam – skoro jego mama dawała sobie radę, to ja też powinnam.

Coraz częściej wracam myślami do beztroskiego życia w mieszkaniu. Każdego dnia, gdy porównuję tamte chwile z obecną codziennością, chce mi się płakać. Prosiłam Marka, żebyśmy wrócili do mieszkania, ale on nie chce nawet o tym słyszeć.

Czy jedynym wyjściem jest rozwód? Poza tym aspektem nasze relacje są dobre… Ale czy można żyć w związku, jeśli codzienna rzeczywistość staje się ciężarem nie do uniesienia?